Barnaba Rudge tom 1 - Charles Dickens - E-Book

Barnaba Rudge tom 1 E-Book

Charles Dickens.

0,0

Beschreibung

Pewnego wieczoru 1775 roku ożywają wspomnienia na temat morderstwa Reubena Haredale, do którego doszło tego samego dnia 22 lata wcześniej. Po makabrycznym zdarzeniu z posiadłości Reubena znikają ogrodnik i zarządca, którzy stają się tym samym podejrzanymi w sprawie. Wielowątkowy utwór historyczny umieszcza perypetie bohaterów na tle prawdziwych wydarzeń, a akcja trwa aż do 1780 r., kiedy to w Londynie doszło do rozruchów, w wyniku których mieszkańcy stolicy spalili więzienie Newgate. Powieść była publikowana w odcinkach w 1841 r., jest ilustrowana rysunkami Freda Barnarda oraz reprodukcjami XIX-wiecznych rycin.-

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 344

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Charles Dickens

Barnaba Rudge tom 1 

OPOWIESC O ROZRUCHACH Z ROKU 1780 

tłumaczył TADEUSZ J. DEHNEL

Saga

Barnaba Rudge tom 1 

 

Tłumaczenie Tadeusz Jan Dehnel

 

Tytuł oryginału Barnaby Rudge

 

Język oryginału angielski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2023 SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788728387368 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W roku 1775, na skraju Lasu Epping, w odległości mniej więcej dwunastu mil od Londynu — licząc od drogowskazu przy Cornhill albo raczej od miejsca, na którym lub w pobliżu którego znajdował się ongi drogowskaz — stał dom zajezdny zwany „Pod Maikiem“. Tym spośród podróżnych, którzy nie umieli ani czytać, ani pisać (a w owe lata wiele osób podróżujących czy też zasiedziałych w domu było w podobnej sytuacji), na nazwę tę zwracało uwagę godło ustawione przy drodze naprzeciwko zajazdu — pień pięknego młodego jesionu, zapewne nie tak okazałych rozmiarów, jakich dawnymi czasy wymagano od maików 1  , lecz w każdym razie liczący trzydzieści stóp wysokości, a tak prosty, że prostszej strzały nigdy chyba nie wypuścił żaden angielski łucznik.

Maik — która to nazwa tyczy od tej chwili gospody, nie jej godła — był starodawnym budynkiem. Spiczastych ścian szczytowych miał więcej, niż leniwemu człowiekowi chciałoby się policzyć w słoneczny dzień; na dachu sterczały krzywe wysokie kominy, z których dym musiał się dobywać fantastycznymi kłębami ukształtowanymi w czasie wędrówki krętą drogą; opodal stały obszerne stajnie — posępne, zaniedbane i puste. Zajazd ów, jak powiadano, zbudowany został za dni króla Henryka Ósmego, a legenda głosi, że królowa Elżbieta w czasie łowieckiej wyprawy nie tylko przespała tu jedną noc w pewnej komnacie o dębowej boazerii i głębokim wykuszowym oknie, lecz również, iż następnego rana dziewicza monarchini stojąc na pniaku umieszczonym przed drzwiami dla wygody gości dosiadających koni i trzymając jedną nogę w strzemieniu tęgo wykuksała i wytargała za uszy niefortunnego pazia, który zaniedbał jakichś obowiązków. Ludzie trzeźwi i usposobieni sceptycznie (kilku takich znajdowało się pośród stałych bywalców Maika, jak niestety bywa zawsze w każdej nielicznej nawet społeczności) skłonni byli odnosić się do tej tradycji z powątpiewaniem. Każdym wszelako razem, gdy gospodarz odwiecznej oberży powoływał na świadka sam pieniek i wskazując go z triumfem dowodził, że do dziś dnia stoi przecie na tym samym miejscu, znakomita większość niezawodnie pognębiała niedowiarków, a ludzie prawdziwie wierzący radowali się, jak gdyby wygrali walną bitwę.

Bez względu na fakt, czy te i liczne podobne im opowieści zasługiwały lub nie zasługiwały na wiarę, Maik był naprawdę starym, bardzo starym budynkiem, może tak starym, jak rościł sobie do tego pretensje, a może jeszcze starszym, co zdarza się niekiedy domom w niepewnym i damom w pewnym wieku. Okna miał weneckie, szklone po staroświecku gomółkami, podłogi pozapadane i krzywe, pułapy uczernione ręką czasu i ciężkie od grubego belkowania. Przed drzwiami był odwieczny ganek dziwnie i groteskowo rzeźbiony, gdzie w letnie wieczory honorowi goście palili i pili — ach! i niekiedy śpiewali piękne pieśni — wypoczywając na dwóch opatrzonych wysokimi oparciami ławach o ponurym wyglądzie, które strzegły wrót tego zamczyska niby bliźniacze smoki z baśni.

Jaskółki od wielu lat lepiły gniazda w kominach nie używanych pokojów, a od wczesnej wiosny do późnej jesieni całe kolonie wróbli ćwierkały i szczebiotały pod okapami domów. W przybudówkach i na zaniedbanym podwórku koło stajen było więcej gołębi, niż mógłby to sobie wyobrazić ktokolwiek — prócz oberżysty. Szparkie okrężne loty srebrniaków, pawików, fajfrów i garłaczy niezupełnie, być może, licowały z godnością i powagą starego budynku, za to odpowiadało mu całkowicie i jak dzień długi zdawało się kołysać go do snu monotonne gruchanie tych lub innych spośród owych ptaków. Dom z wyższymi piętrami wystającymi ponad niższe, z zaspanymi szybkami w oknach, z fasadą sterczącą i pochyloną nad ścieżką wyglądał tak, jak gdyby kiwał się podczas drzemki. Prawdę rzekłszy, niewielkiej trzeba było wyobraźni, aby dopatrzyć się w nim innych jeszcze cech ludzkich. Cegły, z których zbudowano gospodę, były ongi ciemnoczerwone, lecz podobnie jak cera starca pożółkły i utraciły barwę. Zdrowe drewno spróchniało niby zęby, a tu i tam bluszcz niby ciepła szata (tak przyjemna w podeszłym wieku) spowijał zielonymi liśćmi nadwerężone przez czas mury.

Mimo wszystko jednak była to krzepka i czerstwa starość, a w letnie lub jesienne wieczory, kiedy promienie zachodzącego słońca padały na dęby i kasztany w pobliskim lesie, dom skąpany w tym samym blasku wydawał się godnym towarzyszem drzew i można mu było wróżyć długie lata życia.

Wieczór, który nas obchodzi, nie był wieczorem letnim ani jesiennym, lecz zmierzchem marcowego dnia, kiedy to wiatr zawodzi żałośnie pośród nagich konarów, huczy w obszernych kominach i smaga deszczem okna gospody zwanej Maikiem. Ci z jej bywalców, którzy są tam w owym czasie, znajdują dogodny pretekst, aby przedłużyć swój pobyt, gospodarz zaś prorokuje, iż niewątpliwie rozpogodzi się punktualnie o godzinie jedenastej w nocy — wówczas zatem, gdy dziwnym zaiste zbiegiem okoliczności zamyka drzwi swego gościnnego domu.

Człowiek nawiedzony tym proroczym duchem nazywał się John Willet. Był to otyły mężczyzna o dużej głowie i nalanej tłuszczem twarzy wyrażającej tępy upór i powolność myślenia, ponadto zaś głęboką wiarę we własne zalety i cnoty. W chwilach gdy był usposobiony pogodnie, John Willet chwalił się zazwyczaj, że jest wprawdzie powolny, ale wie, co robi. Twierdzeniu temu w żaden sposób nie można było zaprzeczyć z tej przynajmniej przyczyny, że oberżysta był niewątpliwie i pod każdym względem zaprzeczeniem pośpiechu a zarazem jednym z najbardziej upartych i pewnych swego ludzi pod słońcem. Nigdy nie wątpił, że wszystko, co pomyśli, powie lub uczyni, jest słuszne, a sprawą rozstrzygniętą i ustaloną przez prawa natury i Opatrzności była dlań wiara, iż każdy, kto mówi, robi lub myśli inaczej, błądzi na pewno i nieodwołalnie.

Pan Willet powoli zbliżył się do okna, rozpłaszczył mięsisty nos na chłodnej szybie i przesłoniwszy oczy ręką, aby wzroku jego nie raził krwawy blask ognia, wyjrzał na dwór. Następnie wrócił powoli na dawne miejsce w bliskim kominka kącie ławy i usadowił się wygodnie, przy czym wstrząsnął nim lekko taki dreszcz, jaki człowiekowi rozkoszującemu się ciepłem przyczynia jeszcze większej uciechy.

— Rozpogodzi się o jedenastej — powiedział spoglądając na swych gości. — Ani wcześniej, ani później. Ani przed jedenastą, ani po jedenastej.

— Skąd wiesz? — zapytał ze stojącej naprzeciwko ławy jakiś człeczyna. — Już po pełni i księżyc wschodzi o dziewiątej.

John uporczywie i z godnością mierzył wzrokiem oponenta, dopóki nie rozważył dokładnie całokształtu poruszonej przez niego kwestii, później zaś udzielił odpowiedzi tonem, który zdawał się mówić, iż księżyc jest sprawą wyłącznie pana Willeta i niczyją więcej:

— Nie martw się o księżyc. Nie zawracaj sobie głowy księżycem. Daj mu spokój, a ja dam spokój tobie.

— Nie gniewasz się chyba? — powiedział mały człowieczek.

I tym razem John czekał długo, aż wypowiedź przeniknie w głąb jego mózgu.

— Nie gniewam się... jak dotychczas — powiedział wreszcie.

Później zapalił fajkę i zaczął pykać ją pogrążywszy się w dobrotliwym milczeniu. Od czasu do czasu zerkał z ukosa na mężczyznę w luźnej kurcie podróżnej o olbrzymich mankietach ozdobionych poczerniałą srebrną koronką i dużymi stalowymi guzami. Człowiek ów siedział z dala od stałych bywalców zajazdu i wyglądał nader nietowarzysko, gdyż twarz ocieniał spuszczonym rondem kapelusza i krył za dłonią, na której opierał czoło.

W izbie znajdował się jeszcze jeden gość, który, obuty i przy ostrogach, siedział również w pewnym oddaleniu od kominka, a sądząc po skrzyżowanych na piersi ramionach, ściągniętych brwiach, stojącym przed nim, ale nie tkniętym napitku, zajęty był czymś innym niż roztrząsane w tej chwili zagadnienia i roztrząsające je osoby. Był to młody człowiek lat mniej więcej dwudziestu ośmiu, wzrostu nieco wyżej średniego i jakkolwiek trochę nazbyt smukły, zbudowany ładnie i krzepko. Miał własne ciemne włosy, a ubrany był w kostium do konnej jazdy, który, podobnie jak długie buty (bardzo przypominające obuwie do dziś dnia używane przez Królewską Gwardię Przyboczną), nosił znaki świadczące o złym stanie dróg. Ale mimo plam zdobytych w podróży, młodzieniec ten ubrany był dobrze, nawet bogato, nie będąc zaś przesadnie wystrojonym sprawiał wrażenie wytwornego dżentelmena.

Obok niego leżały na stole, tam, gdzie właściciel rzucił je niedbale, ciężki harap i szerokoskrzydły kapelusz — nakrycie głowy najodpowiedniejsze w tak fatalną pogodę i z tej racji zapewne noszone. Opodal spoczywała para pistoletów w olstrach i kusa pelerynka do konnej jazdy. Z twarzy młodego człowieka widać było dokładnie tylko ciemne rzęsy przesłaniające spuszczone oczy, ale naturalny wdzięk i przyrodzona swoboda manier nie tylko cechowały całą tę postać, lecz zdawały się nawet obejmować wspomniane już drobne przybory podróżne — ładne i starannie utrzymane.

Wzrok pana Willeta powędrował ku młodemu człowiekowi raz tylko jeden i to jak gdyby z niemym pytaniem, czy zwrócił on uwagę na milczącego sąsiada. Nie ulegało wątpliwości, że dawniej już oberżysta i jego gość często się spotykali. John przekonał się, iż na spojrzenie to osoba, dla której było przeznaczone, nie odpowiedziała i raczej go nie dostrzegła, skupił więc całą potęgę wzroku na jednym punkcie i zapatrzył się w człowieka z twarzą ocienioną rondem kapelusza. Po pewnym czasie zaczął wpatrywać się weń tak natrętnie, że natarczywość ta udzieliła się skupionym przy kominku druhom pana Willeta, którzy jednomyślnie wyjęli fajki z zębów i z rozdziawionymi gębami wlepili wzrok w obcego.

Tęgi oberżysta spoglądał na świat parą dużych, tępych, rybich oczu, a mały człowieczek, który odważył się na własne zdanie w sprawie księżyca (zakrystian i dzwonnik z pobliskiej wioski Chigwell), posiadał okrągłe, czarne, błyszczące ślepki, zupełnie podobne do paciorków. Lecz nie dość na tym — ów mały człowieczek miał przy czarnych, wyrudziałych bryczesach (u kolan), przy czarnym, wyrudziałym surducie i przy zbyt obszernej kamizelce (od góry do dołu) dziwaczne drobne guziczki. Guziczki te do złudzenia przypominały jego oczki, ale to tak bardzo, że gdy świeciły i połyskiwały w blaskach ognia, który zapalał również iskry w błyszczących klamrach trzewików zakrystiana, zdawać się mogło, że ów jest od stóp do głów usiany oczkami i każdym z nich wpatruje się w nieznajomego klienta zajazdu. Trudno się dziwić, że podróżnego zaniepokoiły takie oględziny, nawet gdybyśmy nie wspomnieli o spojrzeniach oczu należących do krępego Toma Cobba, poczmistrza i właściciela sklepiku mydlarsko-spożywczego, oraz oczu wysokiego Phila Parkesa, leśniczego, którzy zarażeni przykładem kompanów niemniej bacznie przyglądali się kapeluszowi z opuszczonym rondem.

Nieznajomy zaniepokoił się tedy, może z przyczyny skierowanego nań morderczego ognia spojrzeń, a może z racji swych poprzednich myśli; zapewne raczej z tego drugiego powodu, bo gdy zmieniał pozę, spiesznie rozejrzał się dokoła i wówczas dopiero zauważył, iż stanowi cel wielu ciekawych spojrzeń: drgnął i podejrzliwym wzrokiem zmierzył grupę przed kominkiem. Wywarło to taki skutek, że w jednej chwili wszystkie oczy zwróciły się w stronę ognia z wyjątkiem oczu Johna Willeta, który nie był, jako się już rzekło, człowiekiem bystrym, że zaś został niespodziewanie zaskoczony, w dalszym, ciągu gapił się na swego gościa ze szczególnie bezmyślnym uporem.

— I co? — odezwał się nieznajomy.

„I co!“ Niewiele znaczą te słowa. Trudno nazwać je dłuższym przemówieniem.

— Zdawało mi się, że pan chciał coś zamówić — odrzekł gospodarz po dwu- lub trzyminutowej pauzie poświęconej rozmyślaniom.

Nieznajomy zdjął kapelusz i ukazał z gruba ciosaną twarz sześćdziesięcioletniego mniej więcej mężczyzny, ogorzałą i naznaczoną zębem czasu. Srogiego z przyrodzenia wyrazu tej twarzy nie łagodziła ciasno zawiązana na głowie i zastępująca perukę czarna chusta, która zasłaniała czoło i prawie zupełnie kryła brwi. Chusta miała zapewne odwracać uwagę od głębokiej szramy pozostałej jako ohydna blizna (która będąc świeżo zadaną raną odsłaniała chyba całą kość policzkową), lecz cel ów spełniała niedostatecznie, gdyż trudno było nie dostrzec tego znaku już przy pierwszym spojrzeniu. Cera nieznajomego była trupia, a siwa szczeciniasta broda liczyła około trzech tygodni. Taki oto człowiek, bardzo nędznie i ubogo odziany, powstał z krzesła i wolnym krokiem przemierzywszy izbę usiadł w bliskim kominka kącie ławy, gdzie mały zakrystian skwapliwie ustąpił mu miejsca z uprzejmości lub strachu.

— Rozbójnik! — szepnął Tom Cobb leśniczemu Parkesowi.

— Czy myślisz, że rozbójnicy nie są przyzwoiciej ubrani? — odparł Parkes. — To lepszy interes niż ci się zdaje, Tom, a rozbójnicy nie muszą chodzić obdarci ani nie mają takiego zwyczaju. Możesz mi wierzyć na słowo.

Przedmiot tych rozważań oddał tymczasem należną cześć domowi, gdyż zamówił jakiś trunek, który niezwłocznie podał Joe, syn gospodarza. Był to barczysty, pięknie wyrośnięty dwudziestolatek, lecz ojciec uważał go dotychczas za małego chłopca i raczył traktować w sposób właściwy. Nieznajomy wyciągnął ręce, aby ogrzać je nad płonącym ogniem, potem odwrócił twarz w stronę zebranej kompanii i zmierzywszy ją przenikliwym wzrokiem odezwał się głosem stosownym do powierzchowności:

— Jaki to dom stoi o milę stąd lub coś koło tego?

— Dom zajezdny? — zapytał oberżysta z cechującą go powagą.

— Dom zajezdny, ojcze! — zawołał Joe. — Gdzież jest jakiś dom zajezdny o mniej więcej milę od Maika? Ani chybi ten pan ma na myśli wielki dom... dom w Warren. Stary budynek z czerwonej cegły, co stoi pośród ogrodu, prawda, proszę pana?

— Aha — przyznał nieznajomy.

— A piętnaście czy dwadzieścia lat temu otoczony był pięć razy większym parkiem, który, niestety, razem z innymi cenniejszymi gruntami kawałek po kawałku przechodził w obce ręce — ciągnął młody człowiek.

— Możliwe — brzmiała odpowiedź. — Ale moje pytanie tyczy właściciela. Nie obchodzi mnie, czym dom był niegdyś, a czym jest dzisiaj, sam mogę zobaczyć.

Położywszy palec na ustach i zerknąwszy na wspomnianego już młodego dżentelmena, który na pierwszą wzmiankę o owym domu zmienił pozę, przyszły dziedzic Maika odpowiedział zniżonym głosem:

— Właściciel nazywa się Haredale, pan Geoffrey Haredale, i... — znowu spojrzał w tym co uprzednio kierunku — i jest godnym dżentelmenem... Eh-em!...

Na znaczące kaszlnięcie nieznajomy zwrócił tyle samo uwagi co na poprzedzający je wymowny gest i dopytywał dalej:

— Jadąc tutaj zboczyłem z gościńca na ścieżkę wiodącą przez ogród. Widziałem młodą damę, która wsiadała do karety. Kto to mógł być? Jego córka?

— Skąd mam to wiedzieć, dobry człowieku? — odpowiedział Joe, który w czasie dysputy przy kominku zbliżył się ukradkiem do nieznajomego i pociągnął go za rękaw. — Ja, rozumie pan, nie widziałem przecież młodej damy. Ho, ho! Znowu wiatr dmucha... i pada... A to dopiero noc!

— Masz rację, psia pogoda — przyznał dziwny człowiek.

— Pan do tego przywykł, prawda? — podchwycił Joe czepiając się lada czego, by zmienić temat konwersacji.

— Najzupełniej — odrzekł nieznajomy. — Ale wracając do młodej damy... Czy pan Haredale ma córkę?

— Nie, nie! To dżentelmen nieżonaty i... i... Może byłbyś cicho, dobrze? Widzisz chyba, że twoja gadanina nie w smak temu tam panu? — syknął gniewnie młody Willet.

Prześladowca zlekceważył udzielone szeptem napomnienie i udając, że nie dosłyszał, ciągnął wyzywająco:

— Mężczyznom nieżonatym zdarzało się miewać córki. A więc i on może mieć córkę, choć jest kawalerem.

— O co panu chodzi? — powiedział Joe i dodał ciszej, przysunąwszy się do nieznajomego: — Zaraz dostaniesz za swoje, na pewno dostaniesz!

— Nie zamyślam nic złego i dotychczas nie rzekłem chyba nic złego — odparł śmiało podróżny. — Pytałem parę razy o mieszkańców nie znanego mi okazałego domu z bliskiego sąsiedztwa. Mógłby to uczynić każdy człowiek obcy, rzecz oczywista, a ty wystraszyłeś się i stropiłeś, jak gdybym przyznał się na głos do zdrady króla Jerzego. Może wielmożny pan mógłby mi wyjaśnić czemu, bo, jak już powiedziałem, jestem tutaj obcy i rozumiem to wszystko tyle co grekę.

Ostatnie zdanie zwrócone było do młodego człowieka (oczywistej przyczyny zmieszania Joego Willeta), który powstał tymczasem i sposobiąc się do wyjścia poprawiał fałdy pelerynki do konnej jazdy. Zagadnięty zwięźle odpowiedział, że nie może udzielić żadnych informacji, po czym skinął na Joego, wręczył mu monetę i zapłaciwszy w ten sposób rachunek szybko wyszedł z izby, a sam Joe skoczył za nim usłużnie, aby ze świecą w ręku odprowadzić gościa do drzwi.

Podczas nieobecności syna stary Willet i jego trzej towarzysze palili dalej z wielką godnością i w głębokim milczeniu, a spojrzenia ich przywarły do ogromnego miedzianego sagana zawieszonego nad ogniem. Po niejakim czasie oberżysta zwolna pokiwał głową, a w odpowiedzi przyjaciele zaczęli kiwać zwolna głowami, nikt wszakże nie oderwał wzroku od sagana i ani na jotę bodaj nie zmienił namaszczonego wyrazu twarzy.

Wreszcie powrócił Joe — bardzo rozmowny i usposobiony pojednawczo, jakby przeczuwał niezawodnie, iż rychło okrzykną go winnym.

— Co ta miłość może! — zaczął, przysunął krzesło do kominka i rozejrzał się wokół szukając zrozumienia. — Ruszył pieszo do samego Londynu, do samego Londynu! Okulawił konia, kiedy w tę piekielną pogodę jechał dzisiaj po południu. Koń wyleguje się teraz w naszej stajni, a jeździec zrezygnował z dobrej gorącej kolacji i najwygodniejszego łóżka w Maiku, ponieważ panna Haredale pojechała na jakiś bal maskowy do miasta, on zaś uparł się, że ją musi zobaczyć. Nie sądzę, żebym potrafił zmusić się do czegoś podobnego pomimo całej urody panny Haredale... Ale cóż, ja nie jestem zakochany, a przynajmniej tak mi się zdaje, i na tym właśnie polega cała różnica.

— Więc on się kocha? — zapytał nieznajomy.

— Raczej tak — odparł Joe. — Nigdy nie będzie więcej zakochany, a bardzo łatwo mógłby być mniej.

— Milczałbyś, smarkaczu! — huknął ojciec.

— Dziwny z ciebie chłopak, Joe — powiedział długi Parkes.

— Chłopak bez opamiętania — mruknął Tom Cobb.

— Żeby wyrywać się, nie wiadomo po co i puszczać finfę w sam nos rodzonego ojca! — zawołał zakrystian posługując się metaforą.

— A cóż ja zrobiłem? — bronił się biedny chłopiec.

— Milczałbyś, smarkaczu! — zgromił go ojciec. — Co ty sobie myślisz? Gadasz, kiedy widzisz, że ludzie starsi od ciebie więcej jak dwa albo i trzy razy siedzą cicho i przez myśl im nie przechodzi, aby pisnąć słówko?

— To chyba odpowiedni czas, żebym właśnie ja gadał — powiedział krnąbrny Joe.

— Odpowiedni czas, smarkaczu! — odparł ojciec. — Nie ma na to odpowiedniego czasu!

— A pewnie — mruknął Parkes i poważnie kiwnął głową, spoglądając na dwóch pozostałych słuchaczy, którzy niemniej poważnie kiwnęli głowami i półgłosem przyznali, że w tym właśnie sedno sprawy.

— Nie ma na to odpowiedniego czasu — powtórzył John Willet. — Kiedy byłem w twoim wieku, nigdy nie mówiłem i nawet nie miałem ochoty mówić. Słuchałem i pracowałem nad własną poprawą. Oto, co ja robiłem!

— A na pewno przekonasz się, Joe, że twój ojciec to tęga głowa do deskusji, jeżeli ktoś spróbuje go zahaczyć.

— Jeżeli o tym już mowa, Philu... — rzekł pan Willet i wypuściwszy z kącika ust długą, cienką spiralną smugę zaczął patrzeć bezmyślnie, jak dym rozpływa się w powietrzu — jeżeli o tym już mowa, Philu, głowa do deskusji to dar Natury. Jeżeli Natura obdarowała człowieka tęgą głową do deskusji, człowiek ma prawo wykorzystać ten dar jak najlepiej, a nie ma prawa odwoływać się do fałszywej skromności i twierdzić, że nie jest obdarowany, bo to tak, jak gdyby odwracał się tyłkiem do Natury, jak gdyby z niej szydził, jak gdyby drwił z jej puzderka na bezcenne dary, jak gdyby jasno dowodził, że jest wieprzem, niegodnym, aby rzucać przed niego perły.

Oberżysta uczynił bardzo długą pauzę, z czego pan Parkes wywiódł logiczny wniosek, iż mowa dobiegła końca, zwrócił się więc do młodego Willeta surowym, karcącym tonem:

— Słyszałeś, Joe, co powiedział ojciec? Myślę, mój panie, że nie bardzo miałbyś ochotę zahaczyć go w deskusji.

— Jeżeli — John Willet przeniósł wzrok z sufitu na twarz człowieka, który mu przerwał, a wyraz ów wypowiedział z mocnym naciskiem, aby dać do zrozumienia, iż z nieprzystojnym i lekceważącym pośpiechem pan Parkes wetknął swój nos do cudzego prosa (jak mówią ludzie ordynarni) — jeżeli Natura obdarowała mnie tęgą głową do deskusji, czemu miałbym się do tego nie przyznawać i nie szczycić się raczej z tej przyczyny? Tak, mój drogi. Mam tęgą głowę pod tym względem. Powiedziałeś prawdę, mój drogi. W tej właśnie izbie nie raz i nie dwa dowiodłem tęgiej głowy, o czym ci, jak mniemam, wiadomo. A jeżeli ci nie wiadomo — dodał wkładając znów cybuch w usta — to tym lepiej, bo nie jestem pyszałkiem i nic nie powiem ci na ten temat.

Chóralny pomruk kompanów i ogólne kiwanie głowami w stronę miedzianego sagana upewniły Johna Willeta, że wszyscy trzej dobrze wiedzą o jego talencie i nie potrzebują dalszych dowodów jego wyższości. Oberżysta palił teraz z nieco godniejszą miną i w milczeniu mierzył wzrokiem przyjaciół.

— Wszystko to bardzo piękne słówka — odezwał się Joe, który dotychczas kręcił się na krześle i wykonywał przeróżne niespokojne gesty — jeżeli jednak zmierzają ku temu, że nigdy mi nie wolno otworzyć gęby...

— Milczałbyś, smarkaczu! — wrzasnął ojciec. — Tak! Nigdy ci nie wolno. Jeżeli ktoś pyta cię o zdanie — odpowiadaj. Jeżeli ktoś się do ciebie odzywa — gadaj. Jeżeli nikt nie pyta cię o zdanie i nikt się do ciebie nie odzywa — nie odpowiadaj i nie gadaj. Słowo daję, świat ładnie się zmienił od moich czasów! Można pomyśleć, że chłopcy gdzieś zginęli, że nie ma stworzenia, które nazywało się dawniej chłopcem, że nie pozostało już nic między noworodkiem płci męskiej a mężczyzną, że wszyscy chłopcy odeszli wraz z naszym ukochanym panem, najmiłościwszym królem Jerzym Drugim.

— To bardzo słuszna uwaga w każdym przypadku, z wyjątkiem młodych królewiczów — przyznał zakrystian, który, reprezentując w tym gronie Państwo i Kościół, poczuwał się do przykładnej lojalności. — Zbożnym i godziwym jest, aby chłopcy w wieku chłopięcym zachowywali się tak, jak chłopcom przystoi, a zatem młodzi królewicze muszą być chłopcami, a nie inaczej.

— Czy słyszałeś kiedy, mój drogi, o syrenach? — zapytał pan Willet.

— Naturalnie, że słyszałem — odparł zakrystian.

— To dobrze — podjął oberżysta. — Wedle budowy syren ta część syreny, która nie jest kobietą, musi być rybą. Wedle budowy młodych królewiczów ta część młodego królewicza (jeżeli w ogóle taka część istnieje), która nie jest najprawdziwszym aniołem, musi być zbożna i godziwa. Jeżeli zatem jest przystojnym i godziwym, żeby młodzi królewicze byli w swoim wieku chłopcami, muszą być chłopcami i bezwarunkowo nie mogą być niczym innym.

Wyrazy uznania, którymi przyjęto tak przejrzyste rozstrzygnięcie zawiłej kwestii, wprowadziły oberżystę w lepszy humor, wobec czego pan Willet raz jeden tylko powtórzył synowi rozkaz, aby zachowywał milczenie, później zaś powiedział do nieznajomego:

— Gdyby zwrócił pan zapytanie do osoby dorosłej, do mnie lub któregokolwiek z obecnych tu dżentelmenów, otrzymałby pan zadowalającą odpowiedź i nie traciłby słów na darmo. Panna Haredale jest bratanicą pana Geoffreya Haredale.

— Czy ojciec jej żyje? — spytał od niechcenia ów mężczyzna.

— Nie — odparł gospodarz. — Nie żyje, ale i nie umarł.

— Nie umarł! — zdumiał się nieznajomy.

— Nie umarł na zwyczajną modłę — wyjaśnił pan Willet.

Jego przyjaciele znacząco pokiwali do siebie głowami, a pan Parkes zrobił taką minę, jak człowiek, który zamierza powiedzieć: „Niechaj nikt mi nie przeczy, bo i tak mu nie uwierzę!,“ i mruknął z cicha, że John Willet jest dzisiaj w godnej podziwu formie i mógłby stawić czoła najpierwszemu z sędziów.

Nieznajomy pozwolił na krótką pauzę, kiedy zaś ta minęła, rzucił zwięźle:

— Co to ma znaczyć?

— Więcej niż ci się wydaje, przyjacielu — odparł John Willet. — Być może, słowa moje zawierają więcej znaczenia, niż podejrzewasz.

— Bardzo możliwe — zgodził się osobliwy człowiek. — Ale po kiego diabła gadasz pan zagadkami? Najprzód słyszę, że człowiek nie żyje, ale i nie umarł, później, że nie umarł na zwyczajną modłę, a wreszcie, że to ma znaczyć bez porównania więcej, niż mi się zdaje. Prawdę rzekłszy, nietrudna to sprawa, bo wszystko, co dotychczas zrozumiałem, nie ma żadnego sensu. Raz jeszcze pytam, co to właściwie znaczy?

Na obcesowe słowa nieznajomego oberżysta zszedł trochę po stopniach własnej godności i odpowiedział:

— Cała historia jest własnością Maika i była własnością Maika przez ostatnie dwadzieścia cztery lata. Historia należy do Salomona Daisy. Należy również do tego domu, pod którego dachem nie opowiadał jej nigdy nikt oprócz Salomona Daisy i co więcej, nikt nigdy opowiadać jej nie będzie.

Dziwny mężczyzna spojrzał na zakrystiana, którego dostojna i pewna siebie mina mówiła najwyraźniej, iż on właśnie jest osobą wymienioną przed chwilą. Salomon Daisy bardzo długo ssał cybuch, aby utrzymać żar w fajce, a później wyjął ją z ust i niewątpliwie gotów był rozpocząć opowiadanie bez dalszej zachęty. Widząc to nieznajomy otulił się luźną kurtą, głębiej zasiadł w kącie obszernej ławy przed kominem i niemal zupełnie skrył się w cieniu. Wówczas tylko, gdy płomienie strzelały w górę spod wielkiego polana, którego ciężar dławił je chwilami, nagły, jasny błysk oświetlał przelotnie ową postać, aby pogrążyć ją zaraz w jeszcze gęstszym mroku.

W migotliwym świetle stara izba o ciężkim belkowaniu i ścianach pokrytych boazerią wyglądała tak, jak gdyby zbudowano ją z polerowanego hebanu. Wiatr huczał na dworze — raz szczęknął ryglem lub zazgrzytał zawiasami potężnych dębowych drzwi, raz zabębnił o framugi okien, jak gdyby chciał je wepchnąć do wnętrza. Przy tym więc migotliwym świetle i w tak sprzyjających warunkach Salomon Daisy rozpoczął swą opowieść:

— Pan Reuben Haredale, starszy brat pana Geoffreya...

Urwał nagle i milczał tak długo, że nawet sam John Willet stracił cierpliwość i zapytał, czemu Salomon Daisy nie opowiada dalej.

— Cobb — powiedział zapytany zwracając się półgłosem do poczmistrza — który dzisiaj dzień miesiąca?

— Dziewiętnasty.

— Marca — dodał zakrystian. — Dziewiętnasty marca. To dziwne, bardzo dziwne.

Wszyscy szeptem przyznali mu rację, a Salomon podjął:

— Dwadzieścia dwa lata temu pan Reuben Haredale, starszy brat pana Geoffreya, był dziedzicem na Warren, a Warren było wtedy znacznie rozleglejszą i okazalszą posiadłością i przedstawiało wartość nieporównanie większą niż obecnie. Powiedziałeś to już, Joe, nie dlatego wszakże, abyś pamiętał, bo chłopiec w twoim wieku nie może pamiętać takich rzeczy, lecz dlatego, że często słyszałeś, jak ja o tym mówiłem. Dziedziczka zmarła w owym czasie i mężowi pozostawiła jedyne dziecko, tę właśnie pannę Haredale, o którą pan rozpytywał, a która liczyła wtedy rok niespełna.

Zakrystian mówił do człowieka, który okazał tak wiele zaintesowania owej właśnie rodzinie, lecz chociaż zrobił pauzę, jak gdyby czekając okrzyku zdziwienia lub zachęty, nieznajomy milczał i niczym nie dawał poznać po sobie, że słucha opowieści albo że jest jej ciekaw. Salomon spojrzał więc w stronę dawnych kompanów, których nosy pięknie były oświetlone ciemnopurpurową łuną unoszącą się nad lulkami fajek. Dzięki długiemu doświadczeniu pewien był skupionej uwagi przyjaciół, a ponadto chciał podkreślić swą opinię o tak nieprzystojnym zachowaniu nieznajomego.

— Pan Haredale — ciągnął Salomon obróciwszy się plecami do tajemniczego człowieka — po śmierci małżonki czuł się w swym majątku samotnie, wyjechał więc do Londynu, gdzie spędził kilka miesięcy. Ale, jak domyślam się i jak zawsze mi mówiono, w Londynie czuł się nie mniej samotnie niż w swym majątku, niespodziewanie zatem wrócił z córeczką do Warren, a oprócz niej przywiózł tego dnia tylko dwie pokojowe, rządcę i ogrodnika.

Pan Daisy umilkł, aby pyknąć fajkę, bliską już wygaśnięcia, lecz niebawem podjął opowieść, mówiąc zrazu przez nos, bo delektował się tytoniem i mocno ssał cybuch, później zaś coraz głośniej i wyraźniej.

— Przywiózł ze sobą dwie pokojowe, rządcę i jednego ogrodnika. Reszta służby została w Londynie i miała zjechać następnego dnia. Tak się zdarzyło, że tej samej nocy umarł pewien stary dżentelmen, który mieszkał w przysiółku Chigwell i od dawna niedomagał, a mnie rozkazano o pół do pierwszej, żebym wstał i uderzył w żałobny dzwon.

W szczupłym gronie słuchaczy powstało poruszenie dowodzące, iż każdy z nich ze wstrętem wychodziłby z domu o tak spóźnionej porze i w tak posępnym celu. Zakrystian odczuł to, zrozumiał i dał temu wyraz w dalszym ciągu opowiadania.

— Tak! To była ponura wyprawa, z tej zwłaszcza przyczyny, że grabarz leżał chory od długiej pracy w wilgotnej ziemi i od siadania podczas obiadu na zimnych płytach grobowych, musiałem więc iść sam, gdyż było późno i nie mogłem liczyć na żadne inne towarzystwo. Prawdę rzekłszy, nie spotkała mnie niespodzianka, bo ów stary dżentelmen często powtarzał życzenie, aby uderzyć w dzwon możliwie najrychlej po jego zgonie, a od kilku dni oczekiwano, że lada chwila wyzionie ducha. Z najlepszą tedy, na jaką mnie było stać, miną okutałem się ciepło (ziąb był piekielny) i wyruszyłem z zapaloną latarnią w jednej ręce, a kluczem od kościoła w drugiej.

Ubranie nieznajomego zaszeleściło tak, jak gdyby ów pochylił się, chcąc dokładniej słyszeć. Salomon dyskretnie wskazał palcem przez ramię, podniósł brwi i milcząco zapytał młodego Willeta, czy sprawa tak się przedstawia. Joe ocienił oczy dłonią i zajrzał w kąt ławy, lecz zaprzeczył ruchem głowy, bo nic nie mógł dostrzec.

— Noc była taka akurat jak dzisiaj: huragan, ulewny deszcz i ciemno — często teraz myślę, iż bardziej ciemno, niż zdarzyło mi się widzieć kiedykolwiek, wcześniej albo później. Nie wiem, czy to nie złuda wyobraźni, lecz w każdym razie wszystkie drzwi szczelnie pozamykano, ludzie chronili się w domach, a oprócz mnie jedna tylko osoba wiedzieć może naprawdę, jakie ciemności panowały owej nocy. Wszedłem do kościoła, drzwi założyłem na łańcuch, aby stały otworem (bo, prawdę rzekłszy, nie miałem ochoty zamknąć się tam samotnie), i postawiwszy latarnię na kamiennej ławie w zacisznym kącie, gdzie wisi sznur od dzwonu, usiadłem obok, by objaśnić świecę.

Usiadłem, by objaśnić świecę, a kiedy to zrobiłem, nie mogłem jakoś wytłumaczyć sobie, że trzeba wstać i wziąć się do roboty. Nie wiem, z jakiej racji myślałem o wszystkich upiornych historiach, nawet o zapomnianych od dawna, których wysłuchiwałem niegdyś będąc małym uczniakiem. A nie przychodziły mi one do głowy jedna po drugiej, lecz tłoczyły się wszystkie na raz. Przypomniała mi się pewna kursująca w miasteczku bajda o tym, że jednej nocy w roku (wyglądało na to, że owej właśnie nocy) umarli wychodzą spod ziemi i do rana przesiadują w głowach swoich mogił. Uświadomiło mi to, jak wielu znałem ludzi spośród tych, którzy są obecnie pogrzebani między kościelnymi drzwiami a bramą cmentarza, i jaką okropnością byłaby wędrówka pomiędzy nimi i rozpoznawanie osób tak ziemistych teraz i niepodobnych do dawnych siebie. Od dzieciństwa znałem na pamięć wszystkie nisze i łuki w kościele, nie mogłem wszakże wyperswadować sobie, że jedynie ich cienie widzę na posadzce, że nie wychylają się spomiędzy nich jakieś ohydne, utajone tam postacie. Dumałem o tym wszystkim i wnet zacząłem myśleć o dopiero co zmarłym starym dżentelmenie. Mógłbym przysiąc, że widzę go, gdy spoglądam w głąb mrocznej nawy. Siedzi na swym stałym miejscu, otula się całunem i wzdryga, jak gdyby mroziła go ta szata. Rozmyślając tak przez cały czas nasłuchiwałem bacznie i ledwie ważyłem się oddychać. Nareszcie wstałem i ująłem w ręce sznur dzwonu. W tej chwili zabrzmiał nie mój dzwon, bo zdążyłem tylko zmacać sznur, lecz inny!

Wyraźnie usłyszałem głos innego dzwonu — dzwonu o głębokim basie. Trwało to bardzo krótko i wiatr porwał zaraz owe dźwięki, lecz słyszałem je niezawodnie. Długo później nasłuchiwałem, ale dzwon nie odezwał się więcej. Znałem opowieści o błędnych ognikach, doszedłem więc do wniosku, że to był błędny dzwon, który sam jęczy o północy podzwonne za umarłych. Zacząłem bić w mój dzwon — nie wiem zresztą jak i ile czasu — a później pobiegłem w stronę domu i łóżka tak prędko, że ledwie tykałem ziemi nogami.

Dnia następnego wstałem wcześnie po bezsennej nocy i opowiedziałem sąsiadom o dziwnym wydarzeniu. Jedni traktowali je poważnie, inni dosyć lekko, nie sądzę jednak, by ktokolwiek wierzył mi naprawdę. Ale tegoż ranka znaleziono pana Reubena Haredale’a zamordowanego w swej sypialni. W ręku trzymał kawał liny, która była połączona z dzwonem alarmowym umieszczonym na dachu, a zwisała do owego pokoju. Linę niewątpliwie przeciął zabójca w momencie, gdy ją pan Haredale pochwycił.

To był dzwon, który słyszałem!

Biurko było otwarte i zginęła zeń kaseta zawierająca, jak przypuszczano, znaczną sumę, a przywieziona poprzedniego dnia z Londynu przez pana Haredale’a. Rządca i ogrodnik przepadli. Obydwu ich podejrzewano przez długi czas, lecz nigdy nie ujęto, mimo pościgu prowadzonego niestrudzenie i na wszystkie strony. Długo jednak można było szukać rządcy, biednego pana Rudge’a, gdyż po wielu miesiącach odkryto na dnie parkowej sadzawki jego zwłoki, możliwe do rozpoznania jedynie dzięki odzieży, zegarkowi i pierścieniowi. Na piersi miał on głęboką ranę od pchnięcia nożem. Ubrany był niekompletnie, wszyscy więc osądzili zgodnie, że musiał czuwać do późnej nocy i czytać w swoim pokoju (gdzie zresztą odkryto liczne ślady krwi) i tam został napadnięty znienacka i zamordowany jeszcze przed swym chlebodawcą.

Od tego czasu wiadomym jest powszechnie, że mordercą musiał być ogrodnik, i jakkolwiek od dnia owego nigdy nic o nim nie słyszano — pomnijcie moje słowa — usłyszymy jeszcze. Zbrodnię popełniono dokładnie dwadzieścia dwa lata temu: dziewiętnastego marca w tysiąc siedemset pięćdziesiątym trzecim roku. Dziewiętnastego marca któregoś tam roku, mniejsza o to, którego... Wiem i jestem pewien, bo zawsze w dzień ów taka albo inna racja przywodzi nam na pamięć tę ponurą zbrodnię... Dziewiętnastego marca któregoś tam roku, wcześniej lub później, sprawca zostanie pojmany.

ROZDZIAŁ DRUGI

— Dziwna historia! — rzekł człowiek, który wywołał opowiadanie. — Tym dziwniejsza, jeżeli zakończy się zgodnie z pańską wróżbą. Czy to wszystko?

Nieoczekiwane pytanie zdumiało Salomona Daisy. Historię swą powtarzał bardzo często i (jak plotkowano we wsi) zdobił rozmaitymi szczegółami proponowanymi niekiedy przez tych lub owych słuchaczy, dzięki czemu nauczył się z czasem wywoływać niepoślednie wrażenie. Nie był więc przyzwyczajony do pytań: „Czy to wszystko?“ po efektownym zakończeniu.

— Czy to wszystko? — powtórzył. — Tak, mój panie, wszystko! I chyba wystarczy?

— Tak też sądziłem. Mój koń, chłopcze! To szkapa wynajęta w przydrożnej stacji pocztowej, ale jeszcze dziś w nocy musi mnie zanieść do Londynu.

— Dziś w nocy! — zawołał Joe.

— Dziś w nocy — potwierdził nieznajomy. — Czego się gapisz? Wasz zajazd jest chyba miejscem schadzek wszystkich wścibskich leni z całej okolicy!

Na tę uwagę tyczącą niewątpliwie opisanych w poprzednim rozdziale oględzin, którym poddano obcego, oczy Johna Willeta i jego przyjaciół raz jeszcze zwróciły się z przedziwną szybkością w stronę miedzianego kotła. Inaczej postąpił Joe — młody człowiek z fantazją — bo wytrzymał gniewne wejrzenie nieznajomego, nie spuścił wzroku i odpowiedział:

— Zdziwienie z racji pańskiego wyjazdu tej jeszcze nocy nie jest chyba wielkim zuchwalstwem. Tak nieszkodliwe pytanie musiał już pan słyszeć w jakimś zajeździe i to przy lepszej niż dzisiaj pogodzie. Pomyślałem, że jest pan, zdaje się, obcy w naszej okolicy i może nie zna drogi.

— Nie zna drogi... — powtórzył tamten tonem rozdrażnienia.

— Tak. Czy zna pan drogę?

— Czy znam?... Ha!... Znajdę jakoś — odpowiedział i machnąwszy ręką obrócił się na pięcie. — Przyjmijcie zapłatę, gospodarzu.

John Willet posłuchał życzenia dziwnego człowieka, gdyż pod tym jednym względem rzadko bywał opieszały, jeżeli nie liczyć takich drobiazgów, jak wydawanie reszty oraz dokładne badanie jakości każdej wręczanej mu monety. Do badań swych używał zębów albo języka, albo innego probierza, a w wypadkach wątpliwych posługiwał się całą serią rozmaitych probierzy i wreszcie odrzucał podejrzaną sztukę. Gość poprawił na sobie odzież, aby jak najskuteczniej zabezpieczyć się przed chłodem, później zaś bez słowa ni znaku pożegnania wyszedł na podwórze, gdzie Joe (który opuścił izbę po zakończeniu ich krótkiego dialogu) wraz z koniem chronił się przed deszczem pod starą szopą.

— On jest mojego mniej więcej zdania — rzekł Joe klepiąc konia po szyi. — Trzymam zakład, że pański nocleg tutaj ucieszyłby bardziej jego niż mnie.

— Koń i ja jesteśmy zatem odmiennego zdania, jak nieraz już byliśmy w czasie drogi.

— Tak też myślałem, zanim pan tu nadszedł. Biedaczysko poczuł pańskie ostrogi.

Nieznajomy postawił kołnierz kurty, ukrył twarz i nie udzielił odpowiedzi, kiedy zaś wskoczył już na siodło, rzekł pijąc do wyrostka, który przyglądał mu się tak bystro:

— Sądzę, że poznasz mnie przy drugim spotkaniu.

— Warto, mój panie, zapamiętać człowieka, który odbywa podróż nie znaną mu drogą, dosiada spienionego konia i w taką noc rezygnuje z wygodnego noclegu.

— Masz bystre oko i język obrotny.

— Jedno i drugie dała mi natura, chociaż język rdzewieje czasami z racji rzadkiego używania.

— I oczów rzadziej używaj, a bystrość ich zachowaj, chłopcze, dla swych dzierlatek — powiedział dziwny człowiek.

Z tymi słowy wypuścił z ręki wodze, mocno zdzielił Joego przez głowę rączką harapa i cwałem ruszywszy z miejsca pomknął przez błoto i ciemności. Równie szaleńczą jazdę na złym koniu zaryzykować by mogło niewielu tylko jeźdźców, dokładnie nawet obznajmionych z okolicą, a człowiekowi, który nic nie wie o przebywanej drodze, taka zawrotna szybkość grozi na każdym kroku wielkim, śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Gościńce — choćby w dwunastomilowym promieniu od Londynu — były w owe czasy źle brukowane, naprawiane z rzadka i bardzo niedbale budowane. Drogę, którą przemierzał ów jeździec, głęboko zorały koła ciężkich wozów, a uszkodziły mrozy i odwilże ostatniej zimy lub, być może, wielu minionych zim. Po niedawnych deszczach woda napełniała wyryte w ziemi głębokie dziury i wądoły, i nawet za dnia trudno je było dostrzec, a koń o lepszych nogach i znacznie silniejszy niż licha szkapa, która pod razami bata natężała teraz wszystkie siły, mógł potknąć się fatalnie na pierwszym lepszym z tych wyboi. Ostre krzemienie i kamyki tryskały spod kopyt. Jeździec ledwie sięgał wzrokiem przed łeb swego wierzchowca, po bokach zaś widział nie dalej niż na długość wyciągniętego ramienia. W owe czasy na wszystkich drogach w pobliżu stolicy grasowali złodzieje i rozbójnicy, a takiej właśnie nocy łatwiej niż innej każdy osobnik tej profesji mógł spełniać złe uczynki związane ze zbrodniczym zawodem i wcale nie obawiać się ujęcia.

Ale podróżny mknął naprzód z jednakową wciąż szaloną szybkością niebaczny na fontanny błota i wody sięgające mu głowy, na nieprzeniknione ciemności nocy i wielkie prawdopodobieństwo spotkania ze złoczyńcami. Na rozstajach, a nawet niespodziewanych zakrętach, które dostrzec można było tylko z bardzo bliska, jeździec panował nad cuglami niezawodną ręką i trzymał się środka gościńca. Pędził tak dalej i dalej, stawał w strzemionach, pochylał się naprzód tykając niemal czołem końskiego karku i z zaciekłością szaleńca wywijał nad głową ciężkim harapem.

Często, kiedy żywioły są szczególnie srogie, człowiek snujący plany śmiałego przedsięwzięcia lub opanowany wielką ideą, która zmierzać może ku dobru albo złu, podlega tajemniczym wpływom zamętu w przyrodzie i pozwala się porwać równie gwałtownym uczuciom. Pośród gromów, błyskawic i zawieruchy dokonano wielu krew mrożących czynów. Ludzie spokojni przedtem i opanowani ulegali nagle namiętnościom, nad którymi nie mogli dłużej panować, bo duchy gniewu i rozpaczy próbują współzawodniczyć z demonami, które dosiadają huraganów i sterują burzami, a człowiek przywiedziony do szaleństwa rykiem wichru lub szumem groźnych wód staje się na czas pewien równie szalony i bezlitosny jak same żywioły.

Podróżnym mogły więc władać myśli, które pod wpływem nocnej nawałnicy rozgorzały i zaczęły krążyć szybszym wirem, albo też jakiś ważny powód popędzał go ku celowi podróży. W każdym razie cwałował bardziej jak ścigany upiór niż jak ludzka istota i nie zwolnił biegu, pokąd na skrzyżowaniu dróg (jedna z nich wiodła łukiem do miejsca, z którego niedawno wyruszył) nie natknął się na pojazd zmierzający ku niemu tak niespodziewanie, że chcąc uniknąć zderzenia osadził konia na zadzie i omal nie został wyrzucony z siodła.

— Hop, hop! — zawołał męski głos. — Co się dzieje? Kto tam?

— Swój! — odkrzyknął podróżny.

— Swój! — powtórzył ten sam głos. — Ładny „swój“! Jeździsz jak wariat, nie szanujesz daru niebios, jakim jest koń, i narażasz nie tylko własny kark, co może nie mieć wielkiego znaczenia, lecz również karki innych ludzi.

— Jak widzę, ma pan latarnię — rzekł podróżny zeskakując na ziemię. — Proszę mi ją pożyczyć na chwilę. Zdaje się, że dyszlem czy kołem skaleczył pan mojego konia.

— Skaleczyłem! — zawołał tamten. — Jeżelim go nie zabił, nie pańska w tym zasługa. Co pan sobie myśli, galopując tak królewskim traktem? Hę?

— Proszę mi dać latarnię — zawołał podróżny i wyrwał mu ją z ręki. — I niech pan po próżnicy nie zadaje pytań człowiekowi niechętnemu do gadania.

— Gdyby pan powiedział wcześniej, że nie jest skłonny do gawędy, ja byłbym pewnie nieskłonny do świecenia — odrzekł głos. — Ale to nie pan, lecz biedny koń został zraniony, więc jednemu z was przynajmniej chętnie służę światłem: nie temu, naturalnie, który się złości.

Podróżny nie odpowiadał na tę przemowę, lecz oświetlając z bliska zdyszaną, zlaną potem szkapę badał jej nogi i tułów. Tymczasem drugi mężczyzna siedział spokojnie w swym pojeździe — była to bryka z pudłem zawierającym duży worek na narzędzia — i bacznie przyglądał się tym zabiegom.

Obserwator był rumianym, zażywnym, krzepkim jegomościem o podwójnym podbródku i głosie ochrypłym trochę od dobrego jadła, dobrego snu, dobrego humoru i dobrego zdrowia. Minął już wiosnę życia, ale Ojciec Czas nie zawsze jest srogim rodzicielem i jakkolwiek nie spóźnia się do żadnego ze swych dzieci, często łagodnie tyka ręką tych, którzy korzystają zeń jak należy: nieubłaganie czyni z nich starych mężczyzn lub stare kobiety, lecz dusze i serca zostawia im młode i w pełni sił. U takich osób siwy włos jest tylko śladem błogosławiącej ręki Ojca Czasu, a każda zmarszczka kreską w spokojnym kalendarzu godziwie spędzonego życia.

Do tego właśnie gatunku należał, człowiek, którego tajemniczy jeździec spotkał tak niespodziewanie: żywy, wesoły, rubaszny młodzian w starszym wieku musiał być w zgodzie z samym sobą i niewątpliwie pragnął zgody z całym światem. Spowijały go wprawdzie rozmaite okrycia i chusty (jedna z nich zawiązana na węzeł w bardzo po temu dogodnej bruździe w podwójnym podbródku utrzymywała na czubku głowy trójgraniasty kapelusz i perukę, zabezpieczając je przed podmuchami wiatru), lecz nie zmieniało to pogodnego wyglądu tego pucołowatego oblicza, a ślady brudnych palców na twarzy nadawały jej tylko osobliwy i komiczny wyraz, poprzez który przyrodzony dobry humor świecił nie zmniejszonym blaskiem.

— Nie jest skaleczony — przemówił wreszcie podróżny podnosząc jednocześnie głowę i latarnię.

— No, nareszcie się pan o tym przekonał! — zawołał starszy jegomość. — Moje oczy widziały więcej światła niż pańskie, ale nie zamieniłbym się z panem.

— O co panu chodzi?

— O co mi chodzi! Już pięć minut temu mogłem powiedzieć, że koń nie jest skaleczony. Zwróć mi światło, przyjacielu, jedź wolniej w dalszą drogę i dobrej nocy.

Oddając latarnię podróżny podniósł ją wyżej i z konieczności skierował snop blasku prosto w twarz gaduły. Oczy ich spotkały się na moment. Podróżny rzucił nagle latarnię i zdruzgotał ją uderzeniem stopy.

— Czy nigdy jeszcze nie widziałeś ślusarza, że wzdrygnąłeś się tak, jakbyś spotkał widmo? — zawołał starszy jegomość z bryki, zaraz jednak sięgnął do koszyka z narzędziami i wyciągając stamtąd młotek dodał żywo: — A może to podstęp, żeby mnie okpić? Znam nasze gościńce, przyjacielu. W podróży mam przy sobie zawsze tylko kilka szylingówek wartych w sumie niespełna koronę 2  . Mówię ci bez ogródek, aby nam obydwóm oszczędzić kłopotów, że nic tutaj nie znajdziesz prócz krzepkiego, jak na moje lata, ramienia i tego oto narzędzia, którym władam dosyć zręcznie, zapewne z racji dawnej z nim znajomości. Z góry ci przyrzekam, że jeżeli rozpoczniesz brzydką grę, nie będzie ona po twojej myśli.

— Nie jestem tym, za kogo mnie pan bierze, Gabrielu Varden — odpowiedział podróżny.

— Kim tedy i czym jesteś? — zapytał ślusarz. — Jak widzę, znasz moje nazwisko. Powiedz więc swoje.

— Nie pan mnie poinformował o swoim nazwisku, tylko umieszczony na wózku napis, który ogłasza to całemu miastu — rzekł podróżny.

— Ha, lepsze masz oczy do czytania, niż miałeś do oglądania szkapy — powiedział Varden, zwinnie schodząc z bryki. — Ktoś ty? Niech no spojrzę ci w twarz.

Kiedy ślusarz wysiadał, podróżny wskoczył na siodło, ściągnął wodze i spoglądał teraz z góry na starego jegomościa, który trzymał się wciąż w bliskości przestępującego z nogi na nogę konia.

— Niech no spojrzę ci w twarz, powtarzam.

— Z drogi!

— Tylko bez maskaradowych kawałów — mówił ślusarz. — Nie będziesz jutro opowiadał w klubie, że Gabriel Varden wyląkł się srogiego głosu i ciemnej nocy. Stój! Niech no spojrzę ci w twarz!

Widząc, że dalszy opór mógłby tylko wywołać walkę z dość niebezpiecznym przeciwnikiem, podróżny opuścił kołnierz kurty i pochyliwszy się w siodle zmierzył ślusarza bystrym wzrokiem.

Nigdy może nie patrzyli na siebie oko w oko dwaj ludzie stanowiący bardziej jaskrawy kontrast. Czerstwa cera Gabriela Vardena tak wyraźnie dobywała na jaw i podkreślała niezwykłą bladość jeźdźca, iż ów sprawiał wrażenie widma bez krwi w żyłach, tym bardziej że wilgoć wyciśnięta przez szaleńczą jazdę perliła się na jego skórze ciemnymi, ciężkimi kroplami niby pot straszliwej męki czy konania. Stary ślusarz uśmiechał się domyślnie jak ktoś, kto spodziewa się dostrzec w oczach lub ustach złowróżbnej postaci utajony łobuzerski wyraz, poznać pod cudackim przebraniem osobę dobrze znajomą i zepsuć jej złośliwą zabawę. Twarz drugiego była ponura, surowa i ściągnięta gniewnie — taką twarz ma człowiek osaczony — a jego mocno zaciśnięte szczęki, wydęte wargi i przede wszystkim ukradkowy ruch ręki za pazuchą zdradzały desperackie zamiary niezmiernie dalekie maskaradowym figlom albo igraszce.

Tak przez czas pewien przyglądali się sobie w milczeniu.

— Hm... Nie znam cię — powiedział Varden, gdy szczegółowo przestudiował rysy tajemniczego wędrowca.

— Pewnie też nie chcesz poznać? — zapytał podróżny i jak wprzódy postawił kołnierz kurty.

— Nie chcę — odparł Gabriel. — Prawdę rzekłszy, przyjacielu, nie masz wypisanego na twarzy listu polecającego.

— Ja też nie życzę sobie znajomości. Zadowolony jestem, kiedy ludzie mnie unikają.

— W takim razie — powiedział sucho ślusarz — myślę, że znajdziesz dziś zadowolenie.

— Muszę znaleźć, za wszelką cenę! — zawołał jeździec. — A na dowód tego zapamiętaj dobrze, że twemu życiu nigdy nie groziło niebezpieczeństwo większe niż w ciągu kilku chwil ostatnich. Kiedy nadejdzie taki moment, że za pięć minut będziesz miał wydać ostatnie tchnienie, śmierć nie przyjdzie do ciebie bliżej niż tej nocy.

— Tak? — zdziwił się krzepki ślusarz.

— Tak! I to śmierć gwałtowna.

— Z czyjej ręki?

— Z mojej — odrzekł podróżny.

Powiedziawszy to wspiął konia ostrogą i odjechał. Zrazu ciężko człapał po błocie żwawym kłusem, lecz stopniowo zwiększał szybkość, a gdy uleciały z wiatrem ostatnie echa tętentu końskich kopyt, gnał już równie szaleńczym galopem, jak w chwili niespodziewanego spotkania ze ślusarzem.

Gabriel Varden stał bez ruchu na środku gościńca i ze stłuczoną latarnią w ręku nasłuchiwał w niemym oszołomieniu. Wreszcie, gdy nie mógł już złowić uchem żadnych dźwięków prócz zawodzenia wiatru i szumu ulewy, parę razy uderzył się mocno w piersi, aby wrócić do przytomności, i zaczął wydawać urywane okrzyki zdziwienia:

— Co to za kaduk? Wariat? Bandyta? Morderca? Gdyby nie czmychnął tak szybko, pokazałoby się, komu większe groziło niebezpieczeństwo — jemu czy mnie! Nigdy nie byłem bliżej śmierci jak dziś w nocy! Mam nadzieję, że nie będę jej bliżej przez najbliższe dwadzieścia lat, a jeżeli się to sprawdzi, zgodzę się również nie być od niej dalej. Dobre sobie! Takie straszenie krzepkiego chłopa! Dobre sobie! Niech go licho!

Usadowiwszy się znowu w bryce, Gabriel spojrzał pożądliwym wzrokiem na drogę, którą nadjechał podróżny, i zamamrotał półgłosem:

— Maik... Tylko dwie mile do Maika. Po całym dniu ciężkiej pracy przy zamkach i dzwonkach jechałem z Warren dalszą drogą dlatego tylko, żeby nie przejeżdżać koło Maika, nie wstąpić tam i nie złamać słowa danego Marcie. To siła woli! Niebezpiecznie by było wracać do Londynu bez latarni. Cztery mile i jeszcze dobre pół mili do gospody W Pół Drogi! I między tym rozdrożem a miastem jest miejsce, gdzie człowiekowi najbardziej trzeba światła. Tylko dwie mile do Maika! Obiecałem Marcie, że nie wstąpię, powiedziałem, że nie wstąpię, i nie wstąpiłem! To siła woli!

Powtarzając raz po raz ostatnie trzy słowa, jak gdyby cbciał się pocieszyć i dowiedzioną już siłą woli okupić słabość, którą zamierzał okazać, Gabriel Varden zawrócił spokojnie, bo postanowił postarać się w Maiku o latarnię i nie szukać tam niczego z wyjątkiem światła. Kiedy dotarł do Maika, a Joe usłyszał jego dobrze znajomy okrzyk, wybiegł żywo i skoczył do łba końskiego, otwarte drzwi ukazały Vardenowi ponętną perspektywę ciepła i światła. Rudy odbłysk ognia sączył się przez stare czerwone zasłony w oknach izby gościnnej i w tej wesołej łunie zdawał się nieść swą część nierozdzielną — miły pogwar głosów i rozkoszne wonie parującego grogu oraz wybornych tytoni. Drgające na firaneczkach cienie dowodziły niezbicie, że obecni w gospodzie wstają z wygodnych ław i w najprzytulniejszym kąciku (jak dobrze znał ów kącik!) robią miejsce dla zacnego ślusarza. Krąg światła z okien rozszerzył się nagle, jak gdyby powiadał o przedniej jakości trzaskającego polana, z którego niewątpliwie strzelają w tej chwili snopy lśniących iskier i ochoczo wirują w kominie na powitanie Gabriela Vardena. Na domiar tych wszystkich pokus z odległej kuchni doleciało ciche skwierczenie smażonego tłuszczu i melodyjne pobrzękiwanie półmisków i talerzy, a wraz z tą muzyką smakowity zapach, który zaprawiał perfumą nawet porywisty wicher. Wówczas stanowczość zaczęła gwałtownie topnieć w Gabrielu. Próbował obojętnie patrzeć na gospodę, lecz twarz złagodniała mu rychło i przybrała wyraz tkliwości. Odwrócił wzrok w przeciwną stronę, ale chłód i mrok zdawały się odtrącać go nieprzyjaźnie i popychać prosto w bezpieczną przystań gościnnych ramion Maika.

— Człowiek miłosierny, mój Joe — powiedział ślusarz — jest miłosierny również dla swego konia. Wysiądę na chwilkę.

Wysiąść na chwilkę! Jakież to naturalne! A jak nienaturalnym musi się wydać człowiekowi rozsądnemu pomysł, aby wlec się z trudem po błotnistych drogach i napotykać gwałtowne podmuchy wiatru oraz potoki ulewnego deszczu, kiedy tuż obok jest czysta podłoga wysypana białym, suchym piaskiem, dobrze omieciony kominek, jasno płonący ogień, stół ozdobiony śnieżnym obrusem, cynowymi kuflami i innymi kuszącymi akcesoriami smacznie przyrządzonej wieczerzy; kiedy pod ręką są i zachęcają do miłego spędzenia czasu nie tylko te wszystkie pokusy, lecz również kompani skłonni wykorzystać je jak najlepiej.

ROZDZIAŁ TRZECI

Takie były myśli ślusarza, kiedy zasiadł w przytulnym kąciku ławy i zwolna pozbywał się miłego niedomagania wzroku — miłego, bo wywołanego wiatrem dmącym w oczy, która to okoliczność dowodziła, że postąpił rozsądnie i spełnił obowiązek wobec samego siebie, gdyż trzeba szukać schronienia przed fatalną pogodą. Ten sam powód nakłaniał Gabriela do udawania lekkiego kaszlu i napomknięć, iż czuje się nietęgo. Takie też były jego myśli, gdy w dobrą godzinę później, kiedy po wieczerzy siedział z rozpogodzoną twarzą na tym samym wygrzanym miejscu, słuchał podobnego do ćwierkania świerszcza głosu Salomona Daisy i brał poczesny i bynajmniej nie lekceważony udział w towarzyskiej pogawędce przy kominku.

— Wolałbym, żeby to był przyzwoity człowiek, a więcej nic nie dodam — rzekł Salomon Daisy, kładąc kres przeróżnym dociekaniom tyczącym nieznajomego, na którego temat Gabriel rozpętał poważną debatę, bo porównywał swe wrażenia z obserwacjami reszty towarzystwa. — Naprawdę wolałbym, żeby to był przyzwoity człowiek.

— Myślę, że wszyscy byśmy chcieli, prawda? — zapytał ślusarz.

— Ja nie — powiedział Joe.

— Nie? — zawołał Gabriel.

— Nie. To tchórz! Uderzył mnie harapem, kiedy siedział na koniu, a ja stałem na własnych nogach. Wolę więc, aby okazał się tym, za co go uważam.

— A za cóż go uważasz, Joe?

— Za nic dobrego, panie Varden. Możesz kiwać głową, ojcze, ale ja mówię, że uważam go za nic dobrego. Powiem to zawsze i powtórzyłbym sto razy, że uważam go za nic dobrego, gdyby to mogło zawrócić tego jegomościa z drogi i sprowadzić tutaj po słusznie należne mu cięgi.

— Stul pysk, smarkaczu! — przemówił John Willet.

— Nie, ojcze. Dzięki tobie on odważył się na to, co zrobił. Widział, że traktują mnie tutaj niby dziecko i poniewierają niby półgłówka, toteż nabrał śmiałości i skoczył na chłopaka, jak mu się zdawało (i nie bez podstaw zdawać mogło), bez krzty fantazji. Ale omylił się, a ja dowiodę mu tego tak samo, jak wam wszystkim dowiodę w niedługim czasie.

— Czy ten smarkacz rozumie, co mówi? — zawołał zdumiony John Willet.

— Ojcze — odparł Joe — rozumiem, co mówię i o co mi chodzi... no... lepiej, niż ty rozumiesz, kiedy słuchasz mojej mowy. Mogę wytrzymać z tobą, ale nie wytrzymam zniewag, które cierpię każdego dnia od obcych dlatego tylko, że ty traktujesz mnie w taki sposób. Przyjrzyj się innym młodym ludziom w moim wieku. Może nie mają swobody, nie są panami swej woli, nie mogą się odzywać? Czy muszą siedzieć jak trasie albo biegać na czyjeś rozkazy i być pośmiewiskiem starych i młodych? Szydzą ze mnie w całym Chigwell, mówię zatem (a znacznie właściwiej postąpię mówiąc to teraz, niż gdybym miał czekać, aż ty, ojcze, umrzesz, a ja dostanę twoje pieniądze), że niebawem zmusisz mnie do potargania łączących nas więzów, a kiedy tak postąpię, nie na mnie powinieneś się skarżyć, lecz na siebie i tylko na siebie.

John Willet był tak zdumiony żalami i śmiałością swego rokującego wielkie nadzieje syna, że siedział jak skamieniały i tępo spoglądając na sagan próbował — bez najmniejszego zresztą powodzenia — skupić leniwe myśli i zdobyć się na jaką taką odpowiedź. Goście — tak samo prawie zaskoczeni — stracili również (lekko zamroczone alkoholem) głowy i po pewnym czasie zaczęli sposobić się do wyjścia, pomrukując półgłosem nie dopowiedziane wyrazy współczucia i rozmaite zbawienne wskazówki.

Tylko zacny ślusarz nie skąpił obydwu stronom kilku zrozumiałych i dorzecznych słów dobrej rady. Johnowi Willetowi zalecał pamiętać o tym, że Joe jest młodzieńcem bliskim męskiego wieku, nie można więc rządzić nim zbyt krzepką ręką, Joego zaś nakłaniał, aby starał się znosić cierpliwie ojcowskie kaprysy i odpowiadał na nie raczej łagodną perswazją niż niewczesnym buntem. Rady te zostały przyjęte tak, jak zwykle przyjmowane bywają podobne rady. Na Johna Willeta wywarły niewiele większe wrażenie niż na godło ustawione przed drzwiami gospody, a Joe przyjął je wprawdzie życzliwym sercem i twierdził, że nie potrafi dać właściwego wyrazu swej wdzięczności, lecz uprzejmie oznajmił, iż ma zamiar pójść własną drogą i nie ulegnie niczyim wpływom.

— Ach, panie Varden — mówił, gdy obydwaj stali na ganku, a ślusarz sposobił się do powrotnej drogi — był mi pan najlepszym przyjacielem. Bardzo jestem wdzięczny, że powiedział pan to wszystko, ale wkrótce nadejdzie czas, kiedy Maik i ja będziemy się musieli rozstać.

— Kamień, co się toczy, nie porasta mchem — rzekł Gabriel.

— I kamień milowy nie bardzo — odparł Joe. — Jestem tutaj czymś niewiele lepszym niż kamień milowy i tyle samo widzę świata.

— Cóż więc chcesz uczynić, Joe? — pytał ślusarz z namysłem gładząc się po podbródku. — Co możesz robić? Dokąd się udasz?

— Muszę zaufać losowi, panie Varden.

— Niedobrze mu ufać, Joe. Bardzo nie lubię losu. Zawsze powtarzam mojej córce, kiedy rozmawiamy o przyszłym mężu dla niej, żeby nie ufała losowi. Lepiej niech przekona się zawczasu, że ma do czynienia z dobrym człowiekiem, z odpowiednim człowiekiem, a wtedy los ani jej nie pomoże, ani zaszkodzi. Co tam majstrujesz, Joe? Nic chyba nie popsuło się w uprzęży?

— Nie, nie — odpowiedział Joe, bardzo zajęty dociąganiem jakichś pasków i zapinaniem sprzączek. — Jak ma się panna Dolly?

— Z serca dziękuję. Wygląda tak pięknie, że musi być zdrowa, a dobra jest jak zawsze.

— O, tak, zawsze jest piękna i dobra, panie Varden.

— A jest, chwała Bogu!

— Mam nadzieję — podjął Joe po chwili wahania — że nie będzie pan opowiadał o mnie... o tym zdarzeniu... o tym, że obito mnie jak małego chłopca, którego tu ze mnie robią... że nie będzie pan opowiadał, dopóki przynajmniej nie spotkam drugi raz tego człowieka i nie wyrównam rachunków. Wtedy historia będzie może zabawniejsza.