3,99 €
Ponad 100 000 recenzji zachwyconych fanów na całym świecie! Beststellerowa saga fantasy teraz nareszcie także po polsku! W średniowiecznej wiosce Zgniłe Doły mieszka osiemnastoletni Farin. Jego ojciec jest grabarzem, co sprawia, że chłopak staje się pariasem lokalnej społeczności i przedmiotem kpin rówieśników, którzy nie stronią także od przemocy. Stary grabarz stopniowo popada w alkoholizm, więc to na Farinie spoczywa obowiązek przejęcia rodzinnego interesu. Sprawy niespodziewanie przybierają zupełnie inny obrót, gdy umiera wioskowa czarownica, a Farin przygotowuje jej ciało do pogrzebu. Na szyi wiedźmy znajduje tajemniczy amulet; nie potrafi oprzeć się pokusie i zakłada go na siebie...
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2025
Inhaltsverzeichnis
Najlepsze miejsce
Córka kowala
Obcy
Gospodarz
Prędzej czy później
Na błoniach
Buhurt
Kminek dla dziewczynki
O dwór i dziedzictwo
Morze
Nowa era
Estor
I co teraz?
Potwór
Nagroda
Przyszłość
Podróż
Gospoda
Nie tędy droga
Jak płynąca woda
Bestia
Zaufanie
Siegesmund
W desperacji
Losy…
Kajdany
Wyjaśnienia
Sam Feuerbach
Syn grabarza
Tom 2
Tytuł oryginału: Der Totengräbersohn
Przełożył: Grzegorz Kowalski
Korekta: Adriana Trzpil
Ilustracje: Iga Żywicka, Instagram tittercreature
Copyright© 2017 Sam Feuerbach
Wydanie: 1.0a
Impressum:
Boris Lüdtke
Elsa-Brändström-Weg 3
D-40699 Erkrath
O ciężkie, drewniane drzwi komnaty w wieży zadudnił taran. Ale gdzie tam, taran nie byłby taki głośny. Farin powoli uświadamiał sobie, że to nie sen. Podniósł się, jeszcze na wpół przytomny, nic nie widząc, bo przez wąskie okno nie wpadało ani światło księżyca, ani słońca; zamiast tego do jego świadomości powoli dostawały się przytłumione słowa.
– Otwórzcie, proszę!
– Co się... co się dzieje? – wykrztusił.
Głos po drugiej stronie drzwi wyjaśnił: – Macie się zjawić u burgrabi. Natychmiast, w pilnej sprawie.
Umysł Farina przywołał stary rytuał pobudki: – A czy kur już zapiał?
– Jaki kur, panie?
– Nieważne. Już idę.
W żadnym wypadku nie chciał kazać czekać swemu panu, rycerzowi Emichowi. Kilkoma ruchami wbił się w koszulę i spodnie, pociągnął za zasuwę i otworzył drzwi. Sługa w liberii przestępował już z nogi na nogę.
– Chodźcie, panie, kiedy władca zamku mówi tym tonem „natychmiast”, to ma na myśli „na wczoraj”.
– Ale nieważne, jak bardzo się pospieszymy, na wczoraj już nie zdążymy – stwierdził Farin. Obiema rękami wytarł sobie resztki snu z oczu i pospieszył za tamtym. Skąd ta niecierpliwość Emicha?
W kilka chwil później wchodził do komnaty rycerza. Burgrabia miał już gościa. Liam – zwiadowca, posłaniec i szpieg – stał z rękami ułożonymi na oparciu krzesła. Jego skórzana zbroja wyglądała na jeszcze bardziej steraną, a twarz – na jeszcze bardziej przeciętną niż przy pierwszym spotkaniu.
– Jesteś wreszcie! – huknął rycerz. Służący musiał się zadowolić serdecznym: – WON! – i – DRZWI! – po czym Emicho burknął: – Liamie, opowiadaj!
– Jeden z moich posłańców wrócił właśnie z wiadomościami ze Zgniłych Dołów. – Mężczyzna ściszył głos i zwrócił się do Farina: – Ze złymi wiadomościami. Twój ojciec nie żyje.
Farin poczuł, jak żołądek zwija mu się w kłębek: – Jak... jak?
– Przykro mówić. Został zamordowany przez nieznajomych na progu własnej chaty. Przedtem był torturowany.
Kruk! Emicho ani trochę nie przesadzał, ten człowiek uwielbiał męczyć i zabijać ludzi, to było celem jego życia. Farin nawet nie zauważył, że osunął się na wolne krzesło. Ogarnął go głęboki smutek. „Co teraz? Czyż nie jestem współwinny tej śmierci? Czyż to nie ja uruchomiłem całą lawinę zdarzeń, która właśnie sprowadza nieszczęście na mą rodzinną wioskę?”
Jakby czytając w myślach chłopaka, rycerz odezwał się: – Kruk pierwszy raz pojawił się w twojej wiosce na pogrzebie Gerlundy, giermku. Od tej chwili wszyscy mieszkańcy są w niebezpieczeństwie. Czarny chce za wszelką cenę złapać demona i wykorzystać do swoich mrocznych planów. Kolejny powód, żeby zabić ich obu. – Skierował wzrok na Liama.
– Masz informacje, czy Kruk znalazł to, czego szukał?
– Wygląda na to, że nie, w przeciwnym razie nie poczynałby sobie tak ostro z grabarzem. – Szpieg skrzywił się. – Farinie, bardzo mi przykro.
– Kto jeszcze ze wsi wie, gdzie znajduje się obecnie mój giermek? – zapytał Emicho.
– Ja sam opowiedziałem o tym jedynie jego ojcu.
Farin szybkim ruchem podniósł głowę.
– Powiedzcie mi, jak przyjął tę wiadomość?
Liam spojrzał na niego z namysłem.
– To była dość dziwna sytuacja. Zgodnie z naszą umową udałem się ponownie do Zgniłych Dołów i odszukałem twojego ojca. Początkowo w ogóle nie chciał wierzyć w moje słowa i kazał mi się wynosić. Przeklinał przy tym strasznie: „Giermek? Niech ja skonam. Przecież nie ten nicpoń. Leń śmierdzący, ucieka tylko przed uczciwą pracą.”
„Jakbym go miał przed oczami”, pomyślał Farin, wyobrażając sobie swego rozgniewanego staruszka.
– Kiedy go jednak zapewniłem, że jego syn poszedł na nauki do Burzowej Twierdzy, kształcić się na giermka burgrabi, uspokoił się, ale nie przestał kręcić głową i powtarzać: „co za szalony chłopak”. Zaś przy pożegnaniu powiedział mi jeszcze zachrypłym głosem: „Nie mówcie mu tego przypadkiem, ale jestem z niego naprawdę dumny.” – Liam odchrząknął i odnalazł spojrzenie Farina. – Myślę, że powinieneś to wiedzieć.
Łzy napłynęły do oczu grabarczyka, jednak przez zaciśnięte gardło nie był w stanie wykrztusić ani słowa.
Przez chwilę wszyscy milczeli, aż wreszcie burgrabia zastanowił się głośno: – Wszyscy mieszkańcy wioski są w niebezpieczeństwie. Skoro jesteś tak ważny dla Kruka, będzie cię nadal ścigał, Farinie.
Synowi grabarza stanął przed oczami strażnik, który zaatakował go w bibliotece.
Rycerz podrapał się po szerokim podbródku i ciągnął dalej: – Demon, który tkwił w Gerlundzie, póki co zniknął. Vigo mówił mojej matce o artefakcie, którego demon może używać jako schronienia. To może być pierścień, bransoletka albo jakiś naszyjnik.
Liam wzruszył ramionami: – Nic więcej nie wiemy.
Farin natomiast, któremu tymczasem udało się już nieco opanować, powiedział: – Panie, ja... muszę pojechać do Zgniłych Dołów, oddać ojcu ostatnią posługę. On... zasłużył na godny pochówek.
– Podróż będzie niebezpieczna, jednak, chociaż bym wolał, nie mogę odmówić twej prośbie. Nie można wykluczyć, że Kruk spodziewa się takiego ruchu. – Rycerz wysunął brodę. – Dwa dni w tamtą stronę, dwa dni na miejscu, dwa dni z powrotem. Dam ci do ochrony Dopałka, Drogdana i Plaudiusa.
– Dziękuję, panie.
– Ruszajcie jeszcze dziś.
Farin podniósł się.
– Tak uczynimy.
Czterej jeźdźcy mieli za sobą już ponad połowę drogi. Zima trzymała północne Zjednoczone Królestwa w lodowatym uścisku. Śnieg zatopił okolicę w cichej, spokojnej, dziewiczej bieli, przez którą musiały przebijać się końskie kopyta. Jednak ten biały dywan wygłuszał niemal wszystkie odgłosy, nadając podróży atmosferę niesamowitości.
„Pierwsza podróż w roli giermka prowadzi mnie z powrotem prosto do moich rodzinnych Zgniłych Dołów, na pogrzeb ojca”, rozmyślał Farin.
Towarzysze nie byli nadmiernie zachwyceni taką spontaniczną wycieczką, głównie ze względu na panujący chłód. Jak dotąd pogoda im jednak sprzyjała, niemal nie wiało, a płynące wysoko białe chmury nie zapowiadały kolejnych opadów. Dopałek, otulony w narzutę z niedźwiedziej skóry, jechał na przedzie tego czteroosobowego oddziału, za nim podążali Plaudius i Farin. Ariergardę tworzył fechmistrz Drogdan.
Gdyby nie smutna okazja, Farin nawet cieszyłby się z tej podróży – na pewno była nieporównanie przyjemniejsza niż pierwsza jazda do Burzowej Twierdzy, którą spędził przywiązany w poprzek wierzchowca, z workiem po burakach na głowie. Jego koń, Tyrania, był wyjątkowo skłonny do współpracy i właściwie tylko jeden, jedyny raz spróbował go ugryźć. Może dlatego, że Paskudnik także siedział wyjątkowo cicho.
Farin jednak nie liczył na wiele: „Na pewno szwenda się gdzieś w najgłębszym zakamarku mojego umysłu.”
Żebyś wiedział, robaku. Nie bój się, jestem przy tobie!
Tyrania zareagowała od razu. Z nagła zaryła przednimi kopytami w śnieg i zatańczyła zadem. Taka zwierzęca katapulta wyrwała syna grabarza ze strzemion, wystrzelił prosto nad głową konia. Lot trwał dłużej niż skok ze skały do Jeziora Wielkiego. I zupełnie jak przy skoku na główkę Farin wyciągnął w górę ramiona, by zamortyzować upadek. Mimo to lądowanie było znacznie twardsze niż w jeziorze. Potem jeszcze elegancko prześliznął się cztery metry na brzuchu. Podniósł się z ciężkim westchnieniem i zaczął otrzepywać śnieg, który oblepił go od stóp do głów. Gdyby nie on, przygoda mogłaby skończy się znacznie gorzej.
– Nic się nie stało! – zapewnił mistrz jeździectwa.
Towarzysze zatrzymali się i jęli z zainteresowaniem przyglądać mu się z grzbietów swoich wierzchowców.
Plaudius, oparty obiema dłońmi o łęk siodła, poskarżył się: – To nie fair, w ogóle tego nie widziałem. Od tej chwili jadę za tobą, Farinie.
– Masz czego żałować. Imponująca technika hamowania. Absolutnie odlotowa. Pokażesz jeszcze raz? – poprosił Drogdan z miną niewiniątka.
Dopałek nawet nie mrugnął. Zamiast tego mruknął tylko zachęcająco.
– To nic przyjemnego mieć za towarzyszy podróży ludzi naśmiewających się z cudzego nieszczęścia – westchnął Farin i zatrząsł się z zimna, bo po plecach spłynęła mu właśnie strużka lodowatej wody. W odpowiedzi zobaczył tylko uśmiechy kompanów. Niekoniecznie współczujące. Pewnie boczyli się po prostu, że muszą go eskortować w taką zimnicę. Farin pochylił się i wyrzucił śnieg zza kołnierza swego futra.
– Mamy cię chronić. Takie mamy zadanie od Starego – deliberował Drogdan głośno. – Ale nic nie poradzimy, jeśli złamiesz sobie kark podczas jazdy.
Farin zdjął rękawicę i pogłaskał Tyranię po grzbiecie.
– Już dobrze, Tyranio. Damy sobie radę.
Zwierzę nastroszyło uszy i rozwarło szeroko oczy. Czy to była zgoda – czy jej brak? Syn grabarza bez lęku i dalszych wypadków zasiadł z powrotem na końskim grzbiecie i ruszyli dalej do jego rodzinnej wsi.
W dali, ponad wierzchołkami drzew, wznosiła się kościelna wieża z czerwonej cegły. Widok znajomy, a przecież w żołądku Farina pojawiło się także poczucie obcości. Ale właściwie co się zmieniło?
– Zaraz będziemy na miejscu! – zawołał w napięciu, gdy dotarli do rozstaju dróg. – Tędy jedzie się do Zgniłych Dołów, ale do domu grabarza trzeba jechać tam. – Wskazał w przeciwnym kierunku.
Kłusem dotarli do domu Farina. Zsiedli z koni, rozprostowali kości i rozejrzeli się. Farin od razu przyjrzał się warsztatowi w szopie. Spod całunu wystawały tylko palce stóp, ale od razu zorientował się, kogo położyli tam mieszkańcy wsi. Dopałek zdjął materiał z martwego ciała.
– Kurwa! – powiedział stojący obok Plaudius.
Było na tyle zimno, że zwłoki nie zdążyły się jeszcze zanadto rozłożyć. Mimo to ojciec nie wyglądał zbyt pięknie. Brakowało mu obojga uszu i siedmiu palców. Białka oczu były wywrócone, tak że źrenice stały się prawie zupełnie niewidoczne. Twarz stężała na mrozie w grymasie bólu.
Farin na moment zamknął oczy. Wściekłość i zgroza karmiły żądzę zemsty. Kruk jeszcze pożałuje tych tortur.
– Bardzo długo wytrzymałeś, tato – wyszeptał syn grabarza. Mimo wielkiego smutku jego głos nie stracił mocy: – Możecie iść do domu i rozpalić w piecu. Musimy się ogrzać i odpocząć.
Drogdan położył mu na chwilę dłoń na ramieniu, skinął pocieszająco i podążył za Plaudiusem i Dopałkiem do chaty.
Farin chciał umyć i umalować ojca zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki grabarskiej, a potem pochować na cmentarzu w Zgniłych Dołach. Z trudem zdjął z ciała rozdartą lnianą koszulę. Do zmycia brudu i zaschłej krwi potrzebował świeżej wody. Z dwoma wiadrami w rękach przeszedł przez lasek do swojego strumyka. Już z daleka słyszał plusk wody, krzepiący i znajomy, a jednak – inny. Napełniwszy wiadra lodowatą wodą przyjrzał się swemu odbiciu. Jeszcze nigdy nie wyglądał tak staro.
„Ale też jeszcze nigdy nie byłem tak stary patrząc w strumień”, pocieszył się bez przekonania.
Gdy wrócił do szopy, przelał część wody do misy i zdjął rękawiczki. Z właściwą sobie dokładnością umył starca – także jego stopy. Nie był to najlepszy z możliwych ojców, ale jednak kochał Farina na swój własny, surowy sposób – tego chłopak był pewien. Okazywał to wprawdzie nadzwyczaj oszczędnie i rzadko, ale właśnie dzięki temu takie chwile zdawały mu się szczególnie piękne. Farin był przerażony okolicznościami jego zgonu. Ze łzami w oczach wycierał okaleczone dłonie. Nikt nie zasłużył na tak straszną śmierć, a już na pewno nie ojciec. Kruk pożądał spuścizny po Gerlundzie, którą była Chimera tkwiąca w ciele Farina, i nie wahał się przed użyciem żadnych środków.
„Co najmniej od tej chwili mam z tobą niewyrównane rachunki, panie Kruku”, poprzysiągł sobie Farin ponownie. „Nigdy więcej nie ucieknę przed tobą zdjęty strachem.”
Skąd to nowe poczucie pewności siebie? Czyżby i Paskudnik miał w nim swój udział? Farin zdecydowanie potrząsnął głową. Moce i umiejętności demona były potężne, ale on nie chciał i nie mógł się na nich opierać. Trzydzieści lat wcześniej Chimera bez najmniejszych skrupułów porzuciła Pierwszego Rycerza imieniem Vigo, który był ojcem Emicha.
Farin poczuł przenikający chłód, zdawało mu się, że pierś za chwilę całkiem mu zamarznie. Obiema rękami złapał misę i wylał poszarzałą ciecz pod oddalony o kilka kroków krzew głogu. Potem ujął młotek i jednym, zdecydowanym uderzeniem rozbił naczynie na kawałeczki. Tak należało.
– Hej, Farinie! Może jednak najpierw odpoczniesz trochę po podróży? – zawołał Drogdan z progu domu.
– Już idę! – zapracowany całkiem zapomniał o towarzyszach. Dym wydobywający się z komina zapowiadał przytulne ciepło. Zresztą i tak musiał wejść do chaty po nową koszulę dla ojca. Nawet gdyby udało się zmyć wszystkie krwawe plamy, nie mógł mu przecież z powrotem nałożyć tak podartej szmaty.
Gdy wchodził do chaty, opanowało go dziwne, mieszane uczucie swojskości i obcości. Oto w samym centrum jego starego świata, w półokręgu przy piecu siedziało trzech towarzyszy jego nowego życia.
Plaudius powiedział: – Nareszcie jesteś. Ogrzej się. Przykro mi z powodu twojego ojca. Mordercy przewrócili też wszystko do góry nogami. Szkoda patrzeć na ten kipisz.
– A, nie, tu nic się nie zmieniło – stwierdził Farin, rzuciwszy jedno spojrzenie.
Miny kompanów zdradzały, jakie wrażenie zrobiło na nich dotychczasowe życie świeżo upieczonego giermka. Druga koszula leżała zwinięta w kłębek na sienniku ojca. Farin podniósł ją i powiesił na haku obok drzwi. Wyczerpany, usiadł na glinianej podłodze przy samym piecu. Przez chwilę nikt nic nie mówił.
Syn grabarza kontemplował tę chwilę milczenia. Potem stwierdził cicho: – Cieszę się, że jesteście tu ze mną. Dziękuję!
Drogdan odchrząknął: – Jeszcze przyjdą lepsze czasy, zobaczysz. Co robimy teraz?
– Jutro rano dokończę pracę, potem pojedziemy pogrzebać ojca na wiejskim cmentarzu.
Trzej mężczyźni skinęli w milczeniu.
Całą drogę do Zgniłych Dołów Farin prowadził Tyranię za cugle. Na jej grzbiecie leżały zwłoki ojca, umyte, wymalowane i porządnie owinięte w całun. Rankiem trawy i gałęzie drzew pokryła szadź, z ust ludzi i pysków zwierząt wydobywały się kłęby pary. Słychać było tylko uderzenia kopyt o ziemię, od czasu do czasu biły o siebie także motyka i łopata przywiązane do końskiego grzbietu za zwłokami.
Na miejscu – zgodnie z dawną tradycją – mężczyzn przywitało zgrzytanie wypłowiałego szyldu. Jednak syn grabarza ani go nie widział, ani nie słyszał. Przeszedł obok oberży, przez błonie, ku kościołowi, obszedł go dookoła i znalazł miejsce na grób ojca.
„To będzie bardzo dobra kwatera”, uznał. „W sąsiedztwie kapłana Amena – i nawet o metr bliżej do ołtarza w kościele. Idealne miejsce.”
– Tutaj wykopię grób. To najlepsze miejsce spoczynku dla mojego ojca.
Drogdan skinął.
– A co z jakimś kapłanem? Gdzie dzwony?
– Stary kapłan również został zamordowany przez Kruka. A nawet gdyby jeszcze żył – śmierć grabarza nikogo nie obchodzi. Na taki pogrzeb nikt nie dzwoni.
– Hm... – odrzekł mistrz fechtunku.
Plaudius i Dopałek patrzyli na Farina w zadumie.
Syn grabarza odwiązał narzędzia i zabrał się do pracy. Pierwsza warstwa ziemi była jeszcze zmrożona, musiał użyć motyki, ale potem radził już sobie łopatą. Gdy dół sięgał mu do kolan, usłyszał kroki. Bujak wybrał się ze swoim synem Torfem na spacer wokół kościoła – akurat tych dwóch spotkał Farin jako pierwszych po powrocie do rodzinnej wsi.
– Witam szanownych panów i życzę błogosławieństw – powiedział Bujak głosem bynajmniej nie przyjaznym. Z nieufnością spoglądał na trzech obcych.
Dopałek, Drogdan i Plaudius skinęli w odpowiedzi.
– Jestem tu sołtysem i odpowiadam za wszystko, co się dzieje w Zgniłych Dołach. – Z miną ważniaka podszedł do Farina. – Wyrazy współczucia. – Spojrzał na zwłoki. Jego głos nie był jednak współczujący, raczej obelżywy. Szybko przeszedł do rzeczy: – Na co ty sobie tutaj pozwalasz, chłoptasiu? – Wskazał z oburzeniem na grób.
„Doczeka się pieska gałąź...” Farin zazgrzytał zębami. Jednym ruchem wbił łopatę w ziemię, wyszedł z grobu i stanął tuż przed sołtysem.
– Nie widzę tu żadnego chłoptasia. Kogo masz na myśli, Bujak?
Tamten otworzył szeroko oczy.
– A w ciebie co wstąpiło? Jak ty ze mną rozmawiasz? – Jego policzki zaszły czerwienią, ale po chwili uzupełnił protekcjonalnym tonem: – Mam wrażenie, że śmierć ojca zaćmiewa ci zmysły.
– Mój umysł nigdy jeszcze nie był tak jasny.
Sołtys odparł jednocześnie z pogardą i irytacją: – Synu grabarza, to nie miejsce dla twojego ojca, pochowaj go za płotem.
Farin potrząsnął głową i wskazał na wykopany grób: – Zostanie pochowany dokładnie tam. Zasłużył sobie na to miejsce. Nie był ani gorszy, ani bardziej skorumpowany, ani bardziej szczwany niż Amen.
Sołtys aż się zapowietrzył.
– Zabieraj swój kram i idź kopać gdzie indziej. Tu na pewno go nie pochowasz!
– Czy ty słyszysz, co do ciebie mówię? Pochowam go tu i basta!
– Nie! – Bujak przybrał minę dowódcy wielkiej armii. A w geście jeszcze większego dowódcy jeszcze większej armii założył ramiona na piersi.
Farin spojrzał na niego z góry.
– I niby kto mi w tym przeszkodzi?
– Ty... ty kompletnie zwariowałeś – Bujak dobitnym głosem zwrócił się do stojących obok, jakby niezaangażowanych trzech mężczyzn. – Nie wiem, co ten chłopak naopowiadał szanownym panom, ale powinniście wiedzieć, że macie do czynienia z... synem grabarza. – Spojrzał na Farina jak na kawałek spleśniałego chleba i skrzywił się. – Z nikim więcej.
Drogdan spojrzał na Bujaka uważnie.
– Niczego nam nie naopowiadał. Ale przecież ty jesteś zaledwie sołtysem. Co to za różnica?
Dopałek zahuczał: – Ehrm!
W tym momencie Farin poczuł głęboką wdzięczność. Ledwie parę godzin wcześniej jego towarzysze naśmiewali się z jego przygody podczas jazdy, a teraz stanęli za nim murem.
Bujak szybko pojął, że nie znajdzie u nich wsparcia. Syknął na Farina: – Taki jesteś odważny, bo są tu z tobą ci trzej... obcy.
Drogdan uśmiechnął się: – Ależ my się nie wtrącamy.
Syn grabarza niewzruszenie uczynił krok w kierunku Bujaka.
– Skończyłem dyskusję. Mój ojciec spocznie w tym grobie i będzie tam leżał tak długo, jak długo będę to uważał za stosowne.
– Mieszkańcom Zgniłych Dołów się to nie spodoba.
Smutek Farina z wolna przechodził we wściekłość.
– Zamilcz wreszcie! Przestań się chować za swoimi wieśniakami.
Sołtys nie patrzył już Farinowi w oczy.
– Niesłychane... – wyjąkał. – Nie pozwolę sobie na takie rzeczy. – Teraz i jego twarz zaczerwieniła się z gniewu. Nadął się cały i zacisnął pięści.
Ale właśnie w tym momencie Torf odezwał się z lekkim drżeniem w głosie: – Daj spokój, ojcze. Czy to nie wszystko jedno, gdzie go zakopie. To nie ma sensu. Nie wiesz, do czego on jest zdolny.
Całkowicie zdezorientowany Bujak spojrzał najpierw na syna, a potem na Farina. Wreszcie spuścił wzrok na ziemię, jakby próbował się doszukać straconej właśnie twarzy. Ale tam też jej nie było.
– Twoje milczenie biorę za zgodę. Jeszcze coś? – zapytał Farin.
Sołtys opuścił cmentarz bez słowa, potrząsając jedynie głową, ale nie odwróciwszy się ani razu. Torf podążył za nim krok w krok.
– A co to za dziwne figury? – zdziwił się Plaudius.
Jednak Farin zabrał się już był za kopanie.
W braku duchownego Farin musiał sam powiedzieć kilka słów pożegnania nad grobem ojca. Nikt z mieszkańców wsi się nie pojawił. Jedynie raz po raz zza narożnika kościoła wyglądała jakaś głowa przedstawiciela Towarzystwa Fajczarzy Zgniłych Dołów, która jednak szybko znikała.
Łopata za łopatą ciało ojca znikało pod ciemną ziemią.
– Zaraz kończę – powiedział syn grabarza do towarzyszy.
– Może zajrzymy do oberży? – zapytał Plaudius – Nie odmówiłbym nieco strawy i napitku.
Przyłożywszy dłoń do czoła, Farin spojrzał w kierunku słońca. – „Oberżysta powinien już być na nogach.”
– Możemy wejść, a potem pojedziemy z powrotem do chaty.
Farin z zadowoleniem przyglądał się brązowemu wzgórkowi, korzystnie wyróżniającemu się na tle śniegu.
– Spoczywaj w pokoju, ojcze – powiedział syn grabarza, po czym przywiązał motykę i łopatę z powrotem na grzbiecie Tyranii.
Towarzysze udali się wspólnie do „Ciepłego Browarka”.
– Mam nadzieję, że zimą jednak będzie chłodny– zauważył z nadzieją Plaudius.
– Raczej na to nie licz. – Farin otworzył drzwi. Ani śladu gości, nie mówiąc już o Jureczku.
Farin usiadł przy stole tuż za drzwiami, na krześle swojego ojca. Pozostali zdjęli grube płaszcze, powiesili je na hakach przy wejściu i zasiedli wygodnie wokół tego samego stołu.
Z sąsiedniej izby pojawił się Jureczek, który zwęszył już dobry utarg.
– Witam najuniżeniej, szanowni panowie. – Z respektem przyjrzał się skórzanemu uniformowi Dopałka z żółto-czarnym sokołem wędrownym, po czym jego ukłon stał się jeszcze bardziej uniżony. Zadziwiające, jaki efekt powodował zawsze sam widok królewskiego herbu. Wygładzonym głosem powiedział: – Szlachetni panowie nie powinni siedzieć tutaj. Ten stół jest dla tego tam. – Nie zaszczycił Farina nawet krzywym spojrzeniem, a jedynie wskazał na niego palcem jak na plamę rzygowin. – O, te miejsca z tyłu, przy samym oknie i piecu, są dla lepszych państwa.
Drogdan odpowiedział bez ogródek i z rzadką u niego ostrością: – Jesteśmy dumni, że możemy dzielić stół z giermkiem największego rycerza Zjednoczonych Królestw, pana Emicha, władcy Burzowej Twierdzy i Lorda Północy, a także zaufanego Starego Króla Grachusa.
Na twarzy gospodarza pojawiło się bezbrzeżne zdumienie.
– Z całą pewnością zaszła tu jakaś pomyłka. A może nawet doszło do oszustwa – ten tutaj jest tylko synem grabarza.
– Nikt temu nie przeczy. Ale jest także czymś ponadto. Zważaj więc na słowa, gospodarzu! – zagroził Drogdan z wojskową wręcz surowością.
– Ależ oczywiście. – Mężczyzna przełknął ślinę; był przyzwyczajony, aby we własnej oberży zgadzać się z opinią dobrze sytuowanych klientów. – W takim razie zapraszam... wszystkich szanownych gości, aby zechcieli skorzystać z najlepszego stołu w moim skromnym domu.
– Moje miejsce jest tu! – odparł Farin z naciskiem. – Tu siedział mój ojciec, a teraz ja zajmuję jego miejsce. Jestem synem grabarza – i będę nim po kres moich dni.
Jureczek gapił się na Farina z otwartą gębą.
– Oberżysto! Kroczysz tu po cienkim lodzie. Chcesz nam nadal prezentować swoje wątpliwe mądrości, czy wreszcie przyniesiesz coś do jedzenia i picia? – zawołał Drogdan.
– Ach, wybaczcie, proszę. Macie całkowitą rację. Po ciemnym piwie dla każdego?
– Byle było zimne – powiedział Plaudius.
– Yyy... tak jest. – Jureczek oddalił się niepewnym krokiem.
– Narasta we mnie wrażenie, że z twoim pochodzeniem miałeś w tej dziurze jeszcze gorzej, niż mógłbym przypuszczać – stwierdził Drogdan.
– Nigdy się nie skarżyłem. – Farin zamilkł. Spodziewał się, że obleje go fala wstydu, gdy będzie nowym towarzyszom dawał wgląd w swoje dawne życie, ale tak się bynajmniej nie stało. Zawsze sumiennie wykonywał rzemiosło, którego się sumiennie wyuczył. Na to, jak traktowali go wieśniacy, nie mógł nic poradzić. A za ich zachowanie nie czuł się odpowiedzialny.
Gospodarz pojawił się z czterema napełnionymi po brzegi kuflami.
Farin zapytał jakby nigdy nic: – Oberżysta ma zwykle tyle oczu i uszu, co jego goście. Opowiedz mi, co się działo w Zgniłych Dołach, a zwłaszcza co się działo z moim ojcem.
Jureczek przez moment zbierał się w sobie.
– Nie ma za wiele do opowiadania. Powroźnik przyuważył trzech mężczyzn kręcących się wokół domu grabarza. Jeden z nich mógł być tym dziwnym człowiekiem w czerni, który pojawił się tu po raz pierwszy na pogrzebie Gerlundy. Dwa dni później Bujak znalazł twojego ojca martwego. Leżał przed progiem waszego domu.
– Czy od tego czasu Czarny był widziany ponownie?
– Nie! – Gospodarz z przekonaniem pokręcił głową. – Sam wiesz, że obcych trudno tu nie zauważyć. Od dwóch tygodni jest spokój.
– Czy ojciec zdradził kiedykolwiek, gdzie obecnie przebywam?
Oberżystę wyraźnie przerastały zarówno dobór słów, jak i ton głosu Farina. Spojrzał spłoszony na Drogdana i Dopałka, a potem odpowiedział: – Nie, ani słowem. Stąd moje... no... moje zdziwienie. Jednak w ostatnich dniach życia wyraźnie poprawił mu się humor.
Farinowi znów zrobiło się ciężko na sercu. A więc ojciec ucieszył się z wieści o synu. W jednej chwili Farin uświadomił sobie, jak wiele miałby mu jeszcze do powiedzenia.
Ach! Dobre zamiary zawsze pojawiają się wtedy, gdy jest już za późno. „Co mogę poprawić na przyszłość?”
Nagle przyszło mu coś do głowy. Przecież są tu jeszcze ludzie, którzy wciąż żyją i mogą go wysłuchać.
– Zamówcie sobie coś do jedzenia, ja jeszcze muszę przejść się do kuźni.
– Jesteśmy twoją eskortą. Nie powinniśmy pójść z tobą? – zapytał Drogdan.
– Nie, kuźnia jest o rzut kamieniem, a wy słyszeliście, co powiedział gospodarz. Nic złego się nie zdarzy.
Dopałek skinął głową. Jureczkowi cały czas oczy niemal wypadały z orbit, wciąż nie mógł pojąć, kim stał się ich wioskowy syn grabarza.
– Co macie do jedzenia?
– Kucharz poleca zajęczy gulasz – odpowiedział zapytany, zadowolony ze zmiany tematu.
– I co jeszcze? – dopytywał Plaudius.
– No... jeszcze gulasz z zająca. – Jureczek rozłożył szeroko ramiona, dając wyraźnie do zrozumienia, że karta dań nie kryła żadnych dodatkowych frykasów.
– W takim razie wezmę gulasz z zająca – zdecydował Plaudius.
– Będę z powrotem najpóźniej za dwie godziny – powiedział Farin, wstał i założył futro.
– A ja to samo, co mój przyjaciel Plaudius – orzekł Drogdan.
Również Dopałek skinął.
– Czyli trzy porcje – podsumował Jureczek.
Tymczasem Farin opuścił gospodę „Pod Ciepłym Browarkiem”. Odwiązał Tyranię i wsiadł na jej grzbiet. Zaburczało mu w brzuchu – może rzeczywiście powinien był najpierw coś zjeść.
Droga do kuźni zajęła mu mniej niż dziesięć minut. Im bardziej się do niej zbliżał, tym większy odczuwał głód. Poczuł zapach dymu na długo, zanim zbliżył się do warsztatu. Pod szerokim poddaszem stał kowal i ogromnym miechem napowietrzał żar.
Czarna od sadzy, spocona twarz spojrzała na Farina nieprzyjaźnie.
– Czego chcesz, synu grabarza? Skąd masz konia i miecz? Ukradłeś?
Reputacja jego zawodu wyprzedzała Farina.
– Witajcie, kowalu. Przyjechałem odwiedzić waszą córkę, Anietę.
Mężczyzna wytarł czoło wierzchem dłoni, zostawiając na nim długi ślad potu i sadzy.
– Moja córka nie przyjmuje gości! Do widzenia!
Farin odparł z rzadkim u niego uporem: – Jutro rano ponownie wyjeżdżam ze Zgniłych Dołów. To dla mnie ważne, aby przedtem zobaczyć się z waszą córką.
– Masz zatkane uszy? Ona nie ma zamiaru widzieć się z tobą.
Farin nie tak to sobie wyobrażał. Co teraz? Dlaczego nagle sam sobie wydał się takim głupcem? Czego właściwie oczekiwał? Stał tam po prostu jak niepyszny, wszystko w nim opierało się przed odwrotem bez załatwienia tej sprawy.
Otworzyły się drzwi i pojawiła się w nich Anieta.
– Ojcze, wybaczcie, ale to ja będę decydować, kogo chcę przyjąć w gości.
– Nigdzie nie pójdziesz z tym... typem! – zadudnił kowali i zacisnął pięści. Żyły na muskularnych ramionach nabrzmiały.
– Oczywiście, ojcze. Zostanę tu i zaproszę go do środka. Wejdź, Farinie.
Syn grabarza przestał rozumieć, co się dzieje. Anieta nie tylko nie odsyłała go precz, ale wręcz stawiła czoła swemu ojcu. Co za kobieta! Jak zawsze – wyglądała oszałamiająco. Miała na sobie biały czepek, spod którego falowały długie włosy, a także pofałdowaną sukienkę opiętą czerwonym paskiem.
Farin wszedł do środka ze ściśniętym żołądkiem. Nie chodziło jednak o poirytowanego kowala, ten był mu zupełnie obojętny. Nie, przyczyną była Anieta. Teraz już nie było odwrotu.
Tym razem ci pomogę, chcesz? Żebyś znowu się nie wygłupił.
Z udawanym spokojem Farin przywiązał Tyranię do palika. W myślach zaś huknął: „ANI MI SIĘ WAŻ! Nie będę cię nigdzie wysyłał, nie chcę oszukiwać Aniety. To nie byłbym ja.”
Jesteś uczciwy do wyrzygania. Paskudnik wydawał się naprawdę obrażony. W takim razie użyj tego swojego animalistycznego, minimalistycznego, małomiasteczkowego magnetyzmu. Ale na mnie nie licz!
„Świetnie”, pomyślał Farin i uśmiechnął się do Aniety, a potem podążył za nią do środka.
Ona zaś zapowiedziała przyjaźnie: – Matka jest u krawcowej. Możemy usiąść przy stole w izbie. – Obróciła się i opadła na krzesło.
Farin usiadł jak pijany. Nieco sztywny, nieco spłoszony, ale wiedział, że przyszedł czas, by załatwić tę sprawę. Nie miał wątpliwości! Ale niby jaką sprawę? Po co właściwie tutaj przyjechał?
– Dziękuję, że zaprosiłaś mnie do środka. Twój ojciec wygląda, jakby był w złym humorze.
– Tak jak przez większość swojego życia. – Podniosła głowę, dotknęła białego czepka i spojrzała na giermka trochę nieobecnym wzrokiem. – Przykro mi z powodu twojego ojca. Udało ci się go pochować?
– Tak.
– Co cię sprowadza do naszej chaty, synu grabarza? – zapytała Anieta.
Jakże wspaniale potrafiła od razu przejść do rzeczy. Jak dla Farina – aż za szybko.
– Yyyyy... chciałem... ee... zobaczyć, co u ciebie, zanim... znowu... zniknę.
– Aha! – oparła się na krześle. – To miło z twojej strony.
Zapanowała cisza. Gulgotanie w tyle głowy o mało nie zbiło Farina z pantałyku. Z pantałyku? A cóż to w ogóle był za pantałyk?
Nad nosem Aniety pojawiła się niewielka zmarszczka, której nigdy dotychczas nie zauważył.
– Farinie, nie było po tobie śladu przez całe tygodnie.
– Tak, byłem w pewnym zamku na Północy. Ten rycerz, który się wtedy pojawił tak nagle i kazał otworzyć grób Gerlundy, zrobił mnie swoim giermkiem.
Uniosła brwi.
– Ten rycerz, który o mało nie zabił sołtysa?
Farin skinął.
– Ten rycerz, którego w ostatniej chwili powstrzymał Blossak, opowiadając mu o tym dziwnym obcym?
Węzeł, który czuł na żołądku, przyszedł w samą porę: dzięki temu Farin zupełnie przestał czuć głód. „Ten kłamca i pyszałek Blossak. Czy powinien powiedzieć Aniecie prawdę?”
Farin skinął niemrawo i trochę wbrew woli.
– Ten rycerz, na którym Blossak zrobił takie wrażenie, bo wyjaśnił mu, co się dokładnie wydarzyło?
Farin skinął niemrawo i trochę wbrew woli.
Anieta wstała i wyjęła z regału dwa gliniane kubki. Ścisnęła wargi.
– Zastanawiam się, dlaczego w takim razie ów rycerz zrobił giermkiem ciebie, a nie tego spryciarza.
Farin skinął.
– Bo to wszystko zrobił nie Blossak, tylko ty.
Farin skinął.
– Przestań mi tu kiwać głową jak jakiś kurczak. Mam rację?
Farin nie skinął.
Natomiast Anieta powiedziała miękkim głosem: – Co za uparciuch z ciebie. Naprawdę bierzesz mnie za tak głupią?
– No wiesz, biały czepek nie oznacza jeszcze jasnego umysłu. – Syn grabarza uśmiechnął się. Włożył w ten uśmiech wszystko, co czuł do tej dziewczyny, postarał się, żeby wyglądał ciepło i ujmująco. – Tak, to byłem ja.
Teraz i jej twarz ozdobił uśmiech. – Mężczyźni! Prymitywni, gdy nie trzeba, honorowi, gdy ważniejsza jest szczerość. Ale nawet honorowy głupiec pozostaje głupcem. – Pokręciła głową, a potem nią skinęła. A może odwrotnie. Cokolwiek robiła, Farinowi i tak zapierało dech w piersi.
– Tak naprawdę wiedziałam to od samego początku. – Anieta wyszła z izby i po chwili wróciła z dwoma dzbanami.
– Wino czy woda?
Nim odpowiedział, musiał głęboko odetchnąć.
– Wznieśmy toast winem. Jutro znów opuszczam Zgniłe Doły.
– Wracasz do swojego rycerza?
– Tak, to trudny, ale dobry człowiek.
– Chcesz zapomnieć o Zgniłych Dołach i życiu syna grabarza?
– Nie, ja jestem synem grabarza. To na zawsze pozostanie częścią mnie.
Anieta podniosła kubek z czerwonym winem.
– Za zdrowie Farina, syna grabarza i giermka, i za to wszystko, co nas czeka.
– Za zdrowie córki kowala. Ale rozmawiamy cały czas o mnie, a tymczasem ja chciałbym się czegoś dowiedzieć o tobie. Opowiedz mi coś – poprosił syn gabarza.
– Ale co chciałbyś usłyszeć?
– Twój głos– odpowiedział Farin cicho.
Zaraz się porzygam.
Podniosła głowę. Po raz pierwszy od wielu lat spojrzała mu prosto w twarz. Ich spojrzenia spotkały się, dotknęły miękko dosłownie na mgnienie, po czym Anieta zamknęła oczy.
Czy mu się zdawało, że jej policzki jakby się zaróżowiły? Jeśli spojrzy na niego w ten sposób jeszcze jeden, jedyny raz, nigdy w życiu już nie wstanie, tylko będzie siedział tu, w tym miejscu, do końca świata.
Odchrząknął i ponownie podniósł kubek.
– Za zdrowie Aniety, tej osoby w Zgniłych Dołach, za którą będę tęsknił najbardziej. – Tym razem utkwił wzrok w stole. – Za którą bardzo będę tęsknił. Właśnie to chciałem ci powiedzieć jeszcze przed wyjazdem.
Twarz Aniety natychmiast straciła cały kolor.
– Ja... wstydzę się za to, jak się zachowałam wtedy, przed karczmą. – Jej oczy błyszczały.
„Co tu się dzieje?”, pomyślał.
– Zawsze cię lubiłam, od najwcześniejszych lat. Ale kiedy, z wydatną pomocą ojca, dowiedziałam się, jaką rolę pełni we wsi syn grabarza, przestałam dopuszczać do siebie jakiekolwiek uczucia.
Mrowienie w żołądku nasilało się. Co Anieta miała na myśli?
– I... – zawahała się na moment – Blossak poprosił mnie o rękę.
– To... to po prostu...
„No właśnie, co?”, zastanawiał się Farin gorączkowo.
– On nie jest złym człowiekiem... i... noszę pod sercem jego dziecko... Zgodziłam się – dodała już szeptem.
Po takiej nowinie Farin najchętniej wypiłby jeszcze co najmniej dziesięć kubków wina. Cała jego miłość zawaliła się z głośnym hukiem, nie chciał już nic więcej słyszeć i z trudem powstrzymał odruch zatkania sobie uszu jak krnąbrne dziecko. Czego się właściwie spodziewał? Że Anieta rzuci mu się na szyje tylko dlatego, że pojawił się nagle na koniu, który go nie cierpiał, a za pasem nosił miecz, którym właściwie nie potrafił robić? Że w zachwycie wskoczy wraz z nim na rumaka i uda się do Burzowej Twierdzy? Naiwniak. Zaczął sobie robić wyrzuty. Bo na co tak długo czekał? Powinien był od samego początku zarzucić kłamstwo Blossakowi, który posłużył się nim tylko po to, by zaimponować Aniecie, i powinien był wyznać jej miłość. Zacisnął pięści. Czy to by cokolwiek zmieniło? Na te pytania nigdy nie znajdzie odpowiedzi, a jeśli nawet, to na pewno nie teraz. Postanowił sobie na przyszłość z większym zdecydowaniem walczyć o to, na czym mu zależy. Tak jak zrobił rankiem nad grobem ojca.
Mężnie wykrztusił: – Bardzo mi zależało, żeby jeszcze cię zobaczyć. I żeby ci pokazać, że... jesteś dla mnie ważna. – Wstał.
Podeszła i pocałowała go w lewy policzek.
Syn grabarza wpatrywał się bez ruchu w drzwi, nie miał sił zrobić nic więcej. Musiał stąd natychmiast wyjść, dopóki jeszcze potrafił. Krok po kroku zbliżał się do wyjścia. Mężnie odwrócił się raz jeszcze i powiedział: – Życzę ci szczęścia Anieto. – Jego głos brzmiał jak przegniłe drewno.
– Ja tobie także, Farinie. Zasłużyłeś sobie na nie. – Odwróciła się i wytarła policzki chusteczką.
Gdy syn grabarza wychodził z domu, kowal spojrzał na niego wzrokiem, który mówił: „Moja córka zasłużyła na coś lepszego”.
Jakby w zwolnionym tempie podszedł do konia, wsiadł na konia, zasiadł w siodle, spiął konia.
Paskudnik odezwał się nagle wyjątkowo miękkim głosem: Głowa do góry! Nie rozpaczaj, to nie jest ostatnia miłość twego życia. Na dodatek ona wolałaby ciebie od Blossaka. I to o wiele bardziej – tylko sama nie chce się sobie do tego przyznać.
Czyżby demon chciał go pocieszyć? To zupełnie do niego nie pasowało.
– Skąd ten pomysł? – zapytał słabo.
Zmysł obserwacji. I... posłuchaj uważnie... teraz siedzi przy stole i szlocha.
– Co? Skąd możesz to wiedzieć? To ja szlocham.
Słyszę ją. Tak już się przyzwyczaiłeś do mojej obecności, że mogę używać twoich zmysłów nawet bez twojej świadomości...
A to co znowu miało znaczyć? Farin nie miał teraz do tego głowy. W nic już nie wierzył. Walczył z uczuciami, wiedział, że musi natychmiast stąd wyjechać. Mimo obecności Paskudnika Tyrania była posłuszna każdemu gestowi, najwyraźniej nawet koń rozumiał, jak wrażliwy był w tej chwili jeździec. Stępa wrócili do oberży.
W ostatecznym rozrachunku poradziłeś sobie lepiej, niż bym się spodziewał.
Farin nie miał siły, by dziwić się takim komentarzom, ani nawet temu, że brak w nich było zwyczajowej drwiny.
„Jest przy nadziei i wychodzi za Blossaka.” W głowie kołatała mu tylko ta jedna myśl.
Jej puls przyspieszył. To nie był dobry znak. Starała się mieć oczy dookoła głowy. Aros szukała resztek ryb między Nabrzeżem Trzecim i Czwartym, ale poranny spokój był zwodniczy. Dotknęła kieszonki na piersi, wymacała przedmioty, które się tam znajdowały. Jeden miedziak i jeden ząb trzonowy.
„Dość zastanawiania się – czas działać!”
Jednym skokiem dała nurka pod główny pomost portu w Opoce. Przy czym nie należało tego rozumieć dosłownie: nie wskoczyła do basenu portowego, a raczej chwyciła obiema rękami krawędź pomostu, jednocześnie biorąc rozpęd i ostatecznie przylgnęła nogami do jednego z pali wbitych w wodę. Gdy ta zachlupotała wokół jej pośladków, Aros podciągnęła się na ramionach i zerknęła przez jedną ze szpar między deskami.
W tym samym momencie zza dużej hali targowej wyszło pięciu żołnierzy straży miejskiej i zaczęło rozglądać się podejrzliwie.
– Dziwne, kapitan portu mówił, że kręci się tu jakaś samotna dziewczyna... – wymamrotał jeden.
– Przecież ten dureń jest zwykle pijany. W każdym razie ja żadnej nie widzę – odparł drugi. Patrol pomaszerował dalej.
„Ha! Było blisko.”
Wyszła spod pomostu i pobiegła w odwrotnym kierunku, na południe. Już od kilku dni była poszukiwana na rozkaz władz. Wiedziała dokładnie, kto konkretnie go wydał. Po śmierci Grama to arcybiskup awansował na jej arcywroga. Bardzo często myślała o tym świętoszkowatym świętym, którego podsłuchała, kryjąc się na poddaszu stodoły przy sierocińcu. Tylko czego od niej chciał? Cały czas musiała się mieć na baczności, unikać partoli i w miarę możności stać się niewidzialną.
Ledwie wczoraj obserwowała, jak żołnierze wypytywali kilku rybaków właśnie o nią. Biorąc pod uwagę wszystkie wysiłki straży miejskiej, graniczyło z cudem, że jeszcze nie została złapana. Może dlatego, że z bezmyślnym uporem koncentrowali się na poszukiwaniach czternastolatki w szarej sukience z sierocińca i czapce? Z tej ostatniej Aros ostatecznie zrezygnowała. Z ciężkim sercem oddała filcowe nakrycie głowy jakiemuś żebrakowi. Może przyniesie mu szczęście i ludzie będą mu do niego wrzucać drobniaki.
Również jej porządna, brązowa sukienka z Górnego Miasta okazała się pomocna. Pogładziła materiał otwartą dłonią i pomyślała z wdzięcznością o grubej kobiecie, od której ją dostała.
Jednak w ostatecznym rozrachunku, przed schwytaniem chronił ją głównie instynkt. Nie raz już idąc ulicą, czuła nagle dziwny niepokój. Przypadek czy intuicja? Tak czy siak chowała się wówczas od razu w którymś z zaułków albo znajdowała kryjówkę za jakimś murem. Albo pod pomostem.
„Obudzić się, przetrwać, położyć się spać. Tak wygląda mój dzień”, myślała Aros. Jak długo jeszcze da radę tak żyć, wiedziona szczurzym instynktem?
Najlepszym sposobem, by nie dać się złapać, było ograniczenie wizyt w mieście do niezbędnego minimum. Jednak akurat teraz taka wizyta była niezbędna. Bo przez cały czas nękał ją wierny towarzysz: głód. Musiała więc najpierw kupić sobie coś do jedzenia za tego ostatniego miedziaka, a potem zastanowić się, skąd wziąć kolejne pieniądze.
Dotarła do południowej plaży miejskiej w Opoce i poszła dalej wzdłuż brzegu. Wciąż była głodna, ale póki co miała dosyć miasta. Aros spędziła już kilka dni na tym niezamieszkanym kawałku wybrzeża. Wciąż w ruchu, spenetrowała całą plażę kawałek po kawałku, z uwagą przyglądając się zwłaszcza skałom w czasie odpływu. W ścianie z poszarpanych kamieni znalazła otwór z bulgoczącą wodą. Przypominał jej historie o tajnych jaskiniach piratów i podziemnych rzekach. Potężna fala przypływu zalewała skały na niemal trzy metry, kryjąc większość z nich pod wodą.
Spojrzenie na morze zdradzało, że odpływ osiągnie apogeum za jakieś pół godziny – idealna okazja, by zbadać tamten otwór suchą – brudną – stopą. A więc w drogę. Dotarła na miejsce po pół godzinie. Dziura wyglądała jak niewielka brama. Czyżby było to wejście do jaskini? Zaciekawiona pochyliła głowę i weszła. Otworzyło się przed nią okrągłe sklepienie, szerokie, choć nie nazbyt wysokie. Wspiąwszy się na palce, dotknęła błyszczącego od wilgoci stropu – wyglądało na to, że w czasie przypływu jaskinia całkowicie napełniała się wodą. Szkoda, nie dawało się tu więc zamieszkać ani nawet wykorzystać jaskini w jakikolwiek inny sposób, co najwyżej można się tu było utopić. Właśnie gdy miała się już odwrócić, jej uwagę przykuła jasna plama na samym środku podłoża. Skąd się tu wzięła? Weszła głębiej po wilgotnym piasku i odchyliła głowę. Przez otwór w powale wpadało światło, prosto w górę prowadził rodzaj szybu. Kształtem przypominał odwrócony lejek. Wspięła się po skałach i bez lęku wyjrzała przez wąski otwór między ścianami. Jakieś dwa metry dalej szyb rozszerzał się, tworząc jaskinię niemal tak dużą, jak stryszek przy sierocińcu. Tutaj skały zdawały się suche, najwyraźniej było za wysoko dla wód przypływu. Był tu też kolejny, idący prosto w górę otwór, przez który wpadało światło i, co o wiele ważniejsze, świeże powietrze. Dziewczyna przecisnęła się powoli także przez ten drugi szyb, aż udało jej się wystawić głowę na zewnątrz. Znajdowała się nad zboczem brzegu, w otoczeniu skał i krzewów. Z zewnątrz wejście do jaskini wyglądało zupełnie jak lisia nora, zbyt wąska dla dorosłego człowieka. „Cudowna jaskinia. Oto nowy dom Królowej Szczurów”, postanowiła Aros. Dobrze ukryty, od strony plaży dostępny tylko w czasie odpływu, a w razie konieczności z awaryjnym wyjściem. W dali widziała lśnienia. Do rzeki, w której mogła napełnić swój bukłak, miała nie więcej niż dziesięć minut marszu. Idealne miejsce na kryjówkę i sen, przynajmniej tymczasowo. Musiała jeszcze tylko zorganizować sobie któryś z koców, jakich wiele leżało wokół stajni w pobliżu plaży.
Miała nadzieję, że trochę odpocznie w tej szczurzej jaskini – wciąż czuła w kościach ostatnie, pełne emocji tygodnie. W kościach – i w głowie. Musiała przemyśleć mnóstwo różnych spraw, ale przede wszystkim zastanowić się nad tą dziwną kobietą, którą poznała w hali targowej. Wiedziwą, która spłonęła w piekielnych mękach na stosie – ale nawet ani razu nie krzyknęła. Aros włożyła rękę do wewnętrznej kieszeni sukienki i chwyciła w palce uratowany z popiołów ząb trzonowy. Postanowiła, że koniecznie musi dowiedzieć się czegoś więcej o pochodzeniu i życiu kobiety. Co powiedział ten bogobojny arcybiskup? Że Wiedziwę przywiózł zza oceanu Rudobrody. Nigdy wcześniej nie słyszała tego imienia, ale przynajmniej był to jakiś punkt zaczepienia.
Głód! Z kieszeni paska wyjęła linkę z haczykiem. Gdy założyła nań kawałek jasnego mięsa małży, powstała zupełnie niezła wędka. Jednak, pomimo że wiedziała, gdzie w pobliżu brzegu pływają ławice śledzi, musiała czekać całe przedpołudnie, by wreszcie jakaś drobna ryba chwyciła przynętę. Oto jej dzisiejszy obiad: surowy i zimny.
W głębi lądu znajdowała się gospoda z dużymi stajniami i dużą liczbą koni. Gdy tylko zapadł zmrok, Aros zakradła się tam i cierpliwie obserwowała obejście. Co prawda chciała zabrać sobie tylko końską derkę ze stajni, ale jednak decydowała się na duże ryzyko. Bywało, że za znacznie mniej wartościowe łupy złodzieje tracili prawą dłoń pod katowskim toporem.
Gdy z dużym prawdopodobieństwem upewniła się, że mieszkańcy zasnęli, zaczęła się skradać od zawietrznej. Wiedziała, że na podwórzu są co najmniej dwa duże psy. Jednak nic się nie działo. Chwyciła jakąś zatęchłą derkę i ruszyła w kierunku swojej nowej jaskini.
Tym razem poziom wody był tak wysoki, że musiała wejść od góry. Dziewczyna zawinęła się w derkę i położyła na jednej ze skalnych półek – tak zaczęła się jej pierwsza noc w nowym schronieniu.
Następnego dnia obudziła się bardzo wcześnie. Z mieszanymi uczuciami postanowiła wydać resztę pieniędzy na chleb. Wygramoliła się z kryjówki i powitała nowy dzień.
„Bądź dziś dla mnie miły.”
Idąc do Opoki, zauważyła go już z daleka. Jakiś mężczyzna siedział na zydlu na niewielkim pomoście w dalszej części portu, do której przybijały jedynie łodzie wiosłowe i niewielkie jednomasztowce. Co robił ten człowiek w jej ulubionym miejscu? Ostrożnie zbliżała się do nieznajomego od tyłu. Jego stołek miał tylko jedną, cieniutką nóżkę – jak on w ogóle mógł na nim siedzieć? Przed nim stała sztaluga z płótnem opinającym drewnianą ramę. W cynowym kubku tkwiło dwadzieścia albo i więcej kawałków węgla drzewnego różnej długości i grubości. Mężczyzna poruszał prawą ręką szerokimi gestami, zatrzymywał się, podnosił głowę, spoglądał na niebo, na morze i molo, a potem ponownie opierał węgiel o płótno.
Aros zatrzymała się obok i zezem spojrzała na dzieło. Aż zamrugała oczami ze zdziwienia – jak to?
– Ni hao – dzień dobry. Tak mówią ludzie w kraju, gdzie dorastał malarz, gdy spotykają się wczesnym rankiem – wyjaśnił mężczyzna, przyglądając się Aros skośnymi oczami.
– Nie witam się z obcymi!
– Każda przyjaźń zaczyna się od powitania.
– Nie widzę tu żadnego przyjaciela.
– Trzech przyjaciół. Mężczyznę, malarza, artystę.
„I wariata.” Gdyby miała tak liczyć, liczba jej wrogów zwiększyłaby się dramatycznie. Lepiej nie.
Obcy ponownie odwrócił się do niej plecami i zatoczył półkole wzrokiem. – Malarz widzi port. A co widzi, kiedy się odwróci?
– Królową Szczurów. – Dobrze, że przynajmniej to się wyjaśniło.
Aros ponownie spojrzała z niedowierzaniem na obraz.
Mężczyzna odwrócił się.
– W takim razie Królowa Szczurów nie odwiedza malarza, tylko sztalugę?
Aros zastanowiła się. Jeśli nie znasz odpowiedzi na cudze pytanie, zadaj własne; taką kiedyś dostała radę. Patrzyła na płótno z irytacją.
– Jak możesz tutaj siedzieć, gapić się na morze, a potem... rysować drzewa? – Przyłożyła dłoń do czoła i demonstracyjne obróciła się wokół własnej osi. – Drzew tu nie widać, choćby nie wiem co.
Artysta zaczął przyglądać się swemu dziełu ze zmarszczonym czołem.
– Jak Królowa Szczurów dochodzi do wniosku, że artysta maluje drzewo? – W jego głosie pobrzmiewało rozczarowanie.
Kpi czy o drogę pyta? A poza tym ten obcokrajowiec mówił po obcokrajowsku. Dziewczyna sceptycznie spojrzała na morze, na obcego, na rysunek. Drzewa! Doliczyła się jedenastu, same brzozy, białe z czarnymi plamami. Na płótnie nie było ani śladu wody, statków czy mew. Z drugiej strony obraz mimo to był przepiękny.
– W takim razie, jak to tutaj się nazywa jak nie drzewo? – Aros z naciskiem wskazała na rysunek.
– Tamade! Jeśli dama widzi drzewo, artysta się pomylił.
Aros nie miała bynajmniej ochoty na głupawe żarty z samego rana.
– Nie jedno drzewo, kilka.
Twarzy malarza rozchmurzyła się.
– Rzeczywiście, teraz artysta także widzi.
„Wariat”, pomyślała dziewczyna. „Może nawet niebezpieczny. To właśnie Opoka – miasto wariatów i świń.” A najgorsze były kompletnie zwariowane świnie, jak Rakarz albo arcybiskup. Pomyślała, że powinna jak najszybciej zmykać, jednak jakieś niewidzialne więzy przytrzymywały ją na miejscu. Jakaś jeszcze niepojęta dla niej fascynacja. Szczurza ciekawość?
Nagle mężczyzna podniósł się. Aros podejrzliwie cofnęła się o krok, w każdej chwili gotowa do ucieczki.
W milczeniu przyglądała się, jak malarz zatacza wzrokiem koło, a potem śledzi niewielką łódkę.
Wyglądał dość dziwnie: kosmyki czarnych, rozdzielonych przedziałkiem włosów spadały mu ponad prawą brew, nos miał szeroki, choć niezwykle krótki. Jednak najdziwniejsze zdały się jej ciemne oczy, podobne do migdałów i cudacznie zwężone. Stał teraz przed nią, ale jednonogi taboret przykleił mu się do tyłka. Był niewiele wyższy od Aros, pewnie również niewiele silniejszy, a z wystającym z tyłu kołkiem wyglądał wręcz groteskowo. Dopiero teraz zauważyła obejmujący jego biodra pasek, którym przymocował owo siedzisko.
„Na pewno jest nie stąd, a to przemawia za nim”, pomyślała.
Bum, i oto znowu siedział na zydlu. To cud, że się nie przewracał. Jeszcze raz poszukał inspiracji w otaczającym go porcie i domalował korzenie oraz pień dwunastego drzewa.
– Dlaczego nie patrzysz na las, kiedy malujesz las? – Ciekawość Aros wzięła górę.
– Czy Królowa Szczurów nie mówiła, że artysta maluje drzewo? – cofnął głowę i przyjrzał się sceptycznie obrazowi.
„No nie, co za mędrek.”
– To kilka drzew, a więc raczej las – odrzekła Aros energicznie, głosem damy, która wszystko już widziała.
– Hm, a ilu drzew potrzeba, żeby powstał las? – zastanowił się malarz z taką miną, jakby zgłębiał największe zagadki sensu życia.
– Dwunastu! Jesteś więc na najlepszej drodze – stwierdziła Aros. – Jednak wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
– Tu nie ma lasu, nie ma dwunastu drzew, nie ma nawet jednego. Skąd ta niecierpliwość? Kiedy malarz maluje, co widzi, wszyscy usilnie porównują obraz z rzeczywistością. A malarz traci siły, gdy narzekają: ta wieża z tyłu ma więcej wysokości niż na rysunku, mur ma więcej niskości, woda więcej niebieskości, a poranna zorza więcej poranności. Ale kiedy malarz zamiast tego maluje drzewa, ludzie akceptują bez burczenia.
– Aha – odparła Aros i zastanowiła się: – A nie chodzi może raczej o to, że umiesz malować tylko drzewa i nic innego?
– Dama to osoba pełna nieufności. – Mężczyzna zaśmiał się cicho. – Myśl sobie, że stoisz przy wszystkomalu, który najbardziej chętnie maluje port na płótnie, gdy siedzi przed lasem.
Nie brzmiało to dla Aros jakoś nadmiernie przekonująco, ale być może brało się to z faktu, że bardzo trudno było jej uwierzyć jakiemukolwiek dorosłemu.
– Hm. Umiesz rysować twarze?
– A jakże! Twarze o prawdziwej niezwykłości – stwierdził mężczyzna. – Kilka dni temu artysta namalował królową panią.
– Królową? Nie wierzę!
– Słowo honoru wszystkomala! – położył rękę na sercu. – Panią małżonkę samego Starego Króla Grachusa.
– Ale... w takim razie musiałeś malować to, co widziałeś. I wszyscy mogli porównać. Czy może pozował ci król, a malowałeś królową?
Znowu ten cichy śmiech.
– Nie, to królowa pozowała, zaiste, trzy godziny. Ale nie musiała, bo obraz byłby ten sam, tylko uraziłby jej honor. A tak malarz czynić nie może. – Skłonił się, rozejrzał konspiracyjnie na lewo, na prawo i w górę, i szepnął z jeszcze węższymi niż zwykle oczami: – Malarz zdradzi damie tajemnicę – ale jej tylko. Obraz to nie lustro. Artysta... no... nie zauważył kilku zmarszczek i skórnych plam. A oczy namalował bardziej duże, a nos bardziej mały. Na płótnie wygląda trzydzieści lat mniej, a jednak pół dworu przysięga, że malarz utrafił idealne podobieństwo. Ona przy tym jest bardziej stara niż każdy las, co ma przynajmniej dwanaście drzew.
Aros nie wytrzymała – roześmiała się i to nie cicho, tylko na cały głos. Jak ten człowiek to zrobił, że polubiła go w tak krótkim czasie?
– Zarabiasz wystarczająco takim malowaniem?
– Wystarczająco? To jest pytanie wielkiej ważności. Malarz zna wielu ludzi, dla których nie da się „zarabiać wystarczająco”. – Spojrzał na nią. – Wystarczająco? Do czego?
– Do przeżycia.
– Tak! Na to wystarczająco. – Z zadowoleniem odwrócił się z powrotem w stronę sztalugi.
– Malujesz ładne lasy. – W jej głowie pojawiła się pewna myśl. W końcu ona też była królową – czy powinna go poprosić, żeby sporządził niewielki szkic jej twarzy? Jednak szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Dziewczynka poszukiwana przez straż miejską nie powinna się uwieczniać na obrazkach.
– Czym dama zajmuje się? – zapytał obcy, nie spuszczając oczu z płótna.
– Oglądam artystów, którzy malują lasy, siedząc w portach – uchyliła się od odpowiedzi. Wolała nie opowiadać o sobie.
– Hm, a czy dama tym zarabia wystarczająco?
Aros roześmiała się po raz drugi tego poranka. Dawno jej się to nie zdarzyło – do tego stopnia, że aż zabolały ją kąciki ust.
– Mam wystarczająco – stwierdziła, łapiąc za wewnętrzną kieszeń swej brązowej sukienki, by poczuć ząb Wiedziwy i monetę. Wyciągnęła ją: – Proszę, mój ostatni miedziak. Zaraz kupię sobie za niego coś do jedzenia.
– Rzeczywiście! – Malarz przyglądał się ze zdumieniem jej dłoni. – To dobry pomysł! Czy dama przyjdzie podzielić się?
Aros się zawahała. Miedziak nie wystarczy na więcej niż pół wczorajszego bochenka. Mogła na nim przeżyć całe dwa dni. Jednak nigdy nie była skąpa, więc przytaknęła.
– Zobaczę, co mi się uda zdobyć.
Mały człowiek skinął i domalował kilka gałęzi. Brzezina rozrastała się szybko.
O tak wczesnej porze Aros najchętniej włóczyła się po porcie. Z wyjątkiem wczorajszego dnia nie pojawili się tu ani strażnicy, ani żołnierze, dziwki i ich opiekunowie nie zdążyli jeszcze wstać, rybacy wrócić z połowów, zaś kupcy dopiero otwierali stragany. Tak jak się spodziewała, po długich targach i przy pomrukach niezadowolenia piekarza udało jej się za ostatniego miedziaka kupić pół bochenka z poprzedniego dnia. Pełna dumy wróciła na pomost. Obcy pilnie malował dalej. Nad lasem pojawiło się słońce, po przestworzach latały dwa kruki, a drzewa zaczęły rzucać cienie. Obrazek piękniał w oczach.
– Proszę! – Dziewczyna oderwała obiema rękami duży kawałek chleba.
Człowieczek, nim go wziął, złączył płaskie dłonie pod brodą i skłonił się lekko. Wyglądało to jak podziękowanie.
Dopiero wtedy przyjął chleb i odgryzł kawałek.
– Artysta często zapomina o jedzeniu i piciu przez malowanie. – Chleb zachrupał mu w ustach. – Dobre!
Aros także żuła zapamiętale. Cholerny piekarz, bochenek był nie z wczoraj, tylko chyba sprzed miesiąca.
Siedzieli, jedząc w przyjemnym milczeniu.
– Jak dama nazywa się? – przerwał ciszę malarz.
– Aros - odpowiedziała dziewczyna bez zastanowienia. – A ty?
– Ja – Ki.
– Jak Ki?