Moje rośliny lecznicze - Maria Treben - E-Book

Moje rośliny lecznicze E-Book

Maria Treben

0,0
11,00 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.
Mehr erfahren.
Beschreibung

Maria Treben zdobyła swoje miejsce w historii jako pionierka ziołolecznictwa. Wiele osób czciło ją jako świętą, ale w rzeczywistości była kobietą, która z poświęceniem zajmowała się ziołami i dzieliła się doświadczeniami z wieloma ludźmi. Przez te wszystkie lata ona sama i jej książki cieszyły się nieustannie wielką popularnością. Dziś książki te są wciąż aktualne dzięki coraz powszechniejszemu stosowaniu medycyny alternatywnej.
Ten nowy tom zawiera przegląd ziół, którym Maria Treben przypisuje właś¬ciwości lecznicze. Sporo miejsca autorka poświęca najważniejszym z  nich, takim jak nagietek, pokrzywa i skrzyp, ale uwzględnia też rzadziej stosowane rośliny, takie jak aloes, bertram, arcydzięgiel i wiele innych. Wymienia również wszystkie choroby, którym skutecznie przeciwdziałają zioła.
W książce zamieszczono również dużo zdjęć z prywatnego albumu autorki.

„Muszę przyznać, że ta utalentowana zielarka wzbudza we mnie najwyższy podziw”. 
dr Wolf-Dieter Storl autor Naturalne leczenie boreliozy

Tłumaczenie: Sergiusz Lipnicki, Urszula Szymanderska

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2025

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Pomysły, sugestie i metody terapii przedstawione w niniejszej książce nie zastąpią profesjonalnego leczenia medycznego. Jakiekolwiek zastosowanie zaprezentowanych w niej porad leży w wyłącznej gestii czytelnika.

Autor, wydawcy, konsultanci, dystrybutorzy, sprzedawcy i wszystkie inne osoby związane z niniejszą książką nie ponoszą odpowiedzialności za jakiekolwiek konsekwencje, które wynikają lub mogą wyniknąć bezpośrednio lub pośrednio z zawartych w niej informacji. Podkreśla się, że pomimo starannego opracowania, wszystkie informacje są podane bez gwarancji, a wszelka odpowiedzialność wydawcy jest wykluczona.

Doradztwo biologiczne: Siegfried Hagspiel, farmaceuta, Augsburg

Tytuł oryginału: Meine Heilpflanzen

Copyright © 1980 by Ennsthaler Verlag, Steyr

Ennsthaler Gesellschaft m.b.H.& Co KG, 4400 Steyr, Österreich

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by PURANA 2024

Kompleksowe opracowanie książki:

Agencja Wydawnicza Synergy Elżbieta Meissner

www.agencja-wydawnicza-synergy.pl

Zespół w składzie:

Przekład: Sergiusz Lipnicki, Urszula Szymanderska

Konsultacja: dr Iwona Mróz, lek. med. Beata Nowakowska-Kossakowska

Redakcja: Małgorzata Kryska-Mosur

Korekta: Anna Sadczuk

Analiza tekstu: Lingventa

Skład, łamanie i adaptacja okładki: Barbara Kryska

ISBN: 978-83-68200-07-2

Wydawca:

Wydawnictwo PURANA

ul. Agrestowa 11, 55-330 Lutynia

tel.: 71 35 92 701, 603 402 482

e-mail: [email protected]

www.purana.com.pl

Facebook: FB Wydawnictwo Purana

Instagram: IG Wydawnictwo Purana

YouTube: YT Purana Talk

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej:

www.purana.com.pl

Zaleca się, aby w każdym przypadku medycznym zasięgnąć porady lekarza. Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności za szkody wynikające z niewłaściwego wykorzystania przedstawionych tu informacji.Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana bądź przekazywana w jakiejkolwiek formie, żadnymi środkami elektronicznymi lub mechanicznymi, łącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem lub przez dowolny system przechowywania informacji, bez pisemnej zgody wydawcy.

Przedmowa

Zielarstwo Marii Treben

Maria Treben jest nie tylko jedną z wielu zielarek, które przekazują swoje receptury z pokolenia na pokolenie. Ma bardzo szczególne podejście do roślin, podejście, w którym objawia się połączenie z nadprzyrodzonymi, boskimi siłami. Maria Treben ma w sobie coś, co można określić mianem szamańskiego. Jest „osobowością szamańską”. Nawet jeśli niektórzy moi koledzy z etnologii lub antropologii kulturowej mogą się od takiego twierdzenia dystansować, to ja mogę je tutaj śmiało powtórzyć. I właśnie ten pierwiastek szamański u Marii Treben chcę przedstawić.

Muszę przyznać, że darzę tę uzdolnioną zielarkę wielkim szacunkiem. Nie zawsze tak było. Natknąłem się na jej książkę „Apteka Pana Boga” w 1979 roku, gdy prowadziłem gościnne wykłady na Uniwersytecie w Bernie na temat etnobotaniki. Aby odprężyć się po wykładach, przeszedłem kilka kroków z instytutu do księgarni Weyermanna, jednej z pierwszych ezoterycznych księgarni w Szwajcarii. Relaksowałem się i zbierałem myśli, kartkując bez celu książki, od czasu do czasu czytając jakieś zdanie lub po prostu patrząc na zawarte w nich zdjęcia. Księgarz, który zdawał sobie sprawę, że mam słabość do zielników, zwrócił moją uwagę na książkę gospodyni z Grieskirchen. „To bestseller” – powiedział, który sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. Książka wydała mi się wręcz prostacka, tekst i rysunki nie robiły specjalnego wrażenia. Kto by ją kupił? Przecież jest tyle innych udokumentowanych naukowo, starannie opracowanych książek na temat ziół, dodatkowo wspaniale ilustrowanych.

Jak to możliwe, żeby właśnie ta książeczka o ziołach cieszyła się tak wielkim powodzeniem?

Mimo sceptycyzmu kupiłem jeden egzemplarz. Wkrótce zrozumiałem, dlaczego Boża apteka Marii Treben była tak popularna. To właśnie jej pozbawiona akademickiego żargonu prostota i praktyczność trafiają do zwykłych ludzi, takich jak babcie i gospodynie domowe troszczące się o zdrowie rodziny. Nie musisz być farmakologiem, botanikiem ani nawet lekarzem, by to zrozumieć.

Nie ma potrzeby szukać daleko, zamawiać w aptece korzeni czy kory z Amazonii czy Afryki Południowej. Najlepsze lekarstwa rosną tuż za rogiem, na łące, przy płocie, pod żywopłotem, na miedzy lub w pobliskim lesie.

W książce opisano zastosowanie zaledwie 32 ziół, które są w stanie odpędzić wszystkie demony choroby. Owszem – jak potwierdza Maria Treben – poradzilibyśmy sobie nawet z mniejszą liczbą roślin. Wystarczy już siedem czy osiem bardzo powszechnych ziół, które zna każdy, takich jak: pokrzywa, krwawnik, skrzyp, rumianek, przetacznik, dziurawiec czy malwa. Do tego może jeszcze panaceum, czyli zioła szwedzkie, których recepturę ponad 250 lat temu opracował szwedzki lekarz dr Samst. To powinno wystarczyć. Dr Samst – jak lubiła opowiadać – zmarł na skutek upadku z konia w wieku 104 lat.

To całkiem sporo, prawda?

Z biegiem czasu nauczyłem się coraz bardziej cenić tę książkę. Kiedy coś dolega mi albo komuś z mojej rodziny, kartkuję ją w poszukiwaniu właściwego leku. W miarę upływu czasu mocno się już podniszczyła i ma wiele oślich uszu. Nie tak dawno temu, kiedy prowadziłem tygodniowe seminarium na temat ziół w Alpach Tyrolskich, dostałem poważnego zapalenia żył w nodze. Nic dziwnego – cały czas byłem w wielkim stresie i właściwie nie miałem chwili wytchnienia. Wiekowa gospodyni, u której nocowałem, od razu miała na to gotową chłopską receptę: powinienem nasmarować bolące, spuchnięte i gorące żyły nalewką z gencjany, a potem wypić jeszcze kilka jej kieliszków na poprawę humoru. Wydawało się, że środek pomógł, ale kiedy wytrzeźwiałem, zacząłem wątpić, czy lekarstwo w ogóle poskutkowało. W zasadzie powinienem przerwać seminarium, ale chciałem spróbować jakoś przetrwać pozostałe pięć dni. Postanowiłem poprosić dobre duchy ziół o pomoc, tak jak nauczyłem się tego od Indian. Wieczorem, gdy byłem sam, spojrzałem na kwitnącą, górską łąkę i odezwałem się w te słowa: „Wy, rośliny, jesteście prawdziwymi uzdrowicielami. Proszę, pomóżcie mi! Duchu roślin, pomóż mi, ukaż się!”.

Choć nie było wiatru, naraz poruszył się gruby liść podbiału. Poruszał się cały czas, jakby mnie przyzywał. Uznałem to za wskazówkę i nazbierałem pełną garść świeżych liści. W pokoju rozgniotłem je okrągłym kamieniem i zrobiłem sobie okład na nogę. Wydawało mi się, że pomaga. W każdym razie ból stał się bardziej znośny. Postanowiłem sprawdzić później w książce Marii Treben, czy są jakieś środki na tak poważne zapalenie żył. Kiedy w końcu zajrzałem do „Apteki Pana Boga”, przeczytałem: „W przypadkach zapalenia żył roztarte liście podbiału zmieszane ze świeżą śmietaną można przykładać na chore miejsce i lekko obwiązywać” (Treben 2022, s. 46). Zrozumiałem teraz, że to, co zobaczyłem na łące, nie było złudzeniem.

Znowu doświadczyłem tego, że rośliny mogą się z nami porozumiewać. Odtąd każdego wieczora robiłem sobie okład ze świeżego podbiału. Niewiele ponad miesiąc później byłem wyleczony (Storl 2005, s. 91).

Aptekarka Pana Boga u Indian

Pięć lat po wspomnianym seminarium w Bernie znów znajdowałem się w kraju, którego jestem obywatelem, w Wyoming w Stanach Zjednoczonych. Zaprzyjaźniłem się tutaj z Billem Tallbullem, starym uzdrowicielem z plemienia Czejenów. Dowiedział się, że w ramach etnomedycznych wykładów w college’u mówiłem o ziołach i zapytał, czy wiem coś na temat takich ziół jak m.in.: mniszek lekarski, tasznik, dziurawiec, rumianek, babka lancetowata i zwyczajna, kielisznik, jastrun, mlecz, perz, szczaw, rdest ptasi, cykoria podróżnik, łopian, łoboda, ślaz zaniedbany, bluszczyk kurdybanek, jasnota, konopie, gorczyca polna, kminek zwyczajny, gwiazdnica pospolita i nagietek. Pojawiły się one wraz z osadnikami i ich ziarnem pod koniec XIX wieku w Ameryce i teraz rosną właściwie wszędzie. Jako że większość z nich to znane europejskie rośliny lecznicze, mogłem mu dużo powiedzieć na temat ich działania i zastosowania. Przez półtora roku jeździliśmy w góry Bighorn, na prerię, w rejony krasowe i w doliny rzeczne. Opowiadałem mu o mniszku, który jest doskonałym środkiem na wątrobę, a nawet na cukrzycę – chorobę, która po przymusowym przesiedleniu Indian do rezerwatów stała się ich prawdziwą plagą. Mówiłem o tym, że babka tamuje krwawienie, dziurawiec jest jednym z najlepszych środków uspokajających, rumianek goi rany i skaleczenia, ślaz łagodzi stany zapalne przewodu pokarmowego, a także o działaniu wielu innych ziół. W rewanżu Bill nauczył mnie patrzeć na rośliny w zupełnie inny sposób. Zrozumiałem, że one – „zielony lud” – mają swoją duszę, że na jawie dostrzegamy ich żywe ciała, ale w snach i wizjach postrzegamy ich „duchową istotę”, która może poro­zumiewać się z naszą duszą. To była dla mnie cenna nauka. Pomogła mi zrozumieć dawne obyczaje zielarskie i „zabobonne” praktyki uzdrowicielskie innych ludów i naszych przodków. Dzięki tej perspektywie zrozumiałem też, co w zielarstwie Marii Treben było tak szczególne. Ta zielarka była na swój sposób związana z duchami ziół rosnących w jej ojczyźnie.

Stary uzdrowiciel był bardzo ważną osobistością w swoim plemieniu. Stłoczonym w zbyt małym rezerwacie Indianom trudno było przeżyć albo odnaleźć jakikolwiek sens życia. Problemów nie brakowało: niezrozumiałe decyzje władz, pojawiający się na terenie rezerwatu sekciarze, alkoholizm, przemoc i brak perspektyw dla młodzieży, a także spustoszenie okolicznej przyrody i zniszczenie świętych miejsc plemienia przez kopalnie odkrywkowe węgla oraz wycięcie lasów sosnowych. Do tego dochodziły choroby związane ze złym odżywianiem i stresem, takie jak cukrzyca, rak, choroby układu krążenia i próchnica, czyli takie, których Indianie nie znali, gdy polowali na bizony i inne dzikie zwierzęta. Wszystko to leżało na sercu staremu uzdrawiaczowi, tym bardziej że sam cierpiał na dusznicę bolesną. A jako że Indianie nie znali wcześniej tych chorób, nie wiedzieli też, za pomocą jakich ziół można je leczyć.

„Wypróbuj głóg. Pij codziennie kilka szklanek naparu z jego liści” – poradziłem mu. W pobliżu rezerwatu rosły różne odmiany głogu. Tallbull wypróbował wszystkie. Po kilku miesiącach powiedział mi, że „ta niedźwiedzia roślina z sercowatymi liśćmi” (głóg) jest dobrym lekiem na serce! (Storl 2006, s. 166).

A potem zapytał: „Czy to wszystko, o czym mi mówisz, jest też gdzieś spisane?”.

Tallbull był jednym z niewielu Indian potrafiących czytać. Nie tylko uczył się tak jak wielu jego współplemieńców w państwowym domu wychowawczym dla młodzieży, lecz także zadał sobie trud, by samodzielnie nauczyć się czytać i pisać. Zastanawiałem się, czy są na ten temat jakieś książki. Przypomniałem sobie, że ostatnio w witrynie jakiejś księgarni w Sheridan widziałem przetłumaczoną niedawno książkę Marii Treben. Kupiłem ją i podarowałem Tallbullowi.

I znów minęło kilka miesięcy. Pewnego dnia Tallbull powiedział mi: „To, co jest w tej książce, to prawdziwa wiedza Czejenów! Postaram się, żeby poznała ją nasza młodzież”.

Tallbull był szefem skautów młodych Czejenów. Kilka razy w miesiącu uczył ich, wyprowadzał w dzikie okolice i wyjaśniał tajemnice natury. Chłopcy ubrani byli w mundurki skautowskie. Przepisowo, tak jak to zaleca podręcznik skauta (Boy Scout Manual), rozbijali swoje namioty w rzędzie, podnosili flagę amerykańską i jej salutowali. Kiedy jednak w pobliżu nie było urzędników rządowych ani żadnych innych ciekawskich osób, zrywali z siebie mundurki i ruszali zgodnie z pradawnym indiańskim obyczajem w góry. Tam, pod kierownictwem starego uzdrowiciela, poznawali tradycyjne indiańskie rytuały, podania i przekazy. Zaznajamiali się też ze stosowanymi od dawien dawna ziołami i uzdrawiającymi pieśniami.

„Przy okazji uczą się też tego, co powiedziałeś o roślinach, które przywędrowały do nas i o tym, co jest napisane w książce. To pożyteczna wiedza, która dokładnie pasuje do nas, Czejenów” – podkreślił Tallbull. Książka Marii Treben w istocie pasuje jak ulał do mentalności tych Indian: informacje są dokładne, krótkie i praktyczne. Żadnych zbędnych rytualnych bzdur, żadnych intelektualnych wygibasów, a wskazówki dotyczą roślin, które można znaleźć w najbliższym otoczeniu. W ten sposób wiedza Marii Treben o roślinach uzupełniła wiedzę Czejenów. Indianie nie podają książkowych źródeł swojej mądrości. Wyobraziłem sobie, co by się stało, gdyby w przyszłości jakiś etnobotanik przeprowadzał badania terenowe u Czejenów. Zdziwiłby się, że kenofity, zioła, które przywędrowały z Europy, stosowane są w indiańskim zioło­lecznictwie tak samo jak na swoim macierzystym kontynencie. Indianie powiedzieliby mu zapewne, że głóg jest środkiem na serce, mniszek pomaga na wątrobę, sadziec wzmacnia odporność, łopian oczyszcza krew, kwiaty dziewanny są dobre na płuca, a gwiazdnica pospolita jest skuteczna w przypadku chorób skóry.

I tak się rzeczywiście zdarzyło. Dwanaście lat później (1997) ukazała się na uniwersytecie w Strasburgu dobrze udo­kumentowana praca doktorska o wiedzy ziołoleczniczej północnoamerykańskich Czejenów. Jednym z informatorów etnobotaniczki, która przeprowadziła badania terenowe, był stary uzdrowiciel Tallbull. Nie wspomniał on jednak, że jego wiedza opiera się częściowo na książce Marii Treben.

W obronie zielarki

Latem 1986 roku wróciliśmy do Europy przez Indie. W tym czasie Maria Treben była u szczytu swej popularności. Ukazała się właś­nie jej druga książka o ziołolecznictwie. Coraz częściej zapraszano ją na prelekcje, na których miała coraz liczniejszą publiczność. Sama była zaskoczona swoim sukcesem. Skończyło się spokojne bytowanie rodzinne, które sobie tak bardzo ceniła. Życiem tej niemal osiemdziesięcioletniej kobiety w coraz większym stopniu rządził zapełniony terminarz. Sławie towarzyszyły jednak częste głosy krytyki. Wzięło ją pod lupę środowisko lekarskie i przemysł farmaceutyczny.

Tygodnik ilustrowany „Stern” poświęcił jej nawet 10-stronicową historię okładkową „Zdrowie dzięki kapuście i burakom?” (Gesund mit Kraut und Rüben? – „Stern” nr 29, z 10.07.1986). To, co wyglądało na laurkę dla Marii Treben, było w rzeczy­wistości atakiem na nią, prawdziwą dziennikarską egzekucją. Była to również napaść na wielusetletnie doświadczenia ziołolecznictwa.

Obok wyrachowania zarzucono jej rozbudzanie w ludziach przekonania, że również w przypadku leczenia najgroźniejszych chorób można się ograniczyć do ziół i nie trzeba korzystać z farmaceutyków. Ba, postawiono nawet zarzut, że niektóre z jej receptur mogą być niebezpieczne dla zdrowia. Pewien ordynator zarzucił jej we wspomnianym artykule „przestępstwo dyletantyzmu”. Konrad Schily, ordynator kliniki medycyny antropozoficznej w Herdecke, mówił o „wątpliwym handlu nadzieją”. W artykule pojawił się pośrednio zarzut, że zielarka nie bierze pod uwagę żadnej krytyki, że „albo nie chce znać prawdy, albo nie ma najmniejszego pojęcia na temat ziół i medycyny”.

Wyszydzano też duchową stronę jej zielarskiej praktyki. „Nie może być przecież kłamstwem to, co «aptekarka Pana Boga» otrzymała «w darze z góry» i co przekazuje ludziom w formie swoich książek, kaset i prelekcji: dzięki ziołom można wyleczyć każdy ból i cierpienie. Pani Treben sprawia, że sparaliżowani zaczynają biegać, każdy guz rakowy («niezależnie od tego, ile ich jest») znika, a głuchoniemi zaczynają słyszeć i mówić” (Stern 1986, s. 64).

Paszkwil ilustrowały fotografie Marii Treben, na których nie była ubrana w swój najpiękniejszy regionalny strój, redaktorzy wybrali takie zdjęcia, na których prezentowała się wyjątkowo niekorzystnie i przypominała raczej starą, złą czarownicę. Chodziło o to, by stworzyć jej negatywny wizerunek.

Artykuł zaszokował mnie i zirytował. Nie można było zostawić czegoś takiego bez komentarza. Od dzieciństwa znałem przecież leczniczą moc ziół, a jako etnolog wielokrotnie byłem świadkiem zbawiennych skutków stosowania ziół u różnych ludów. Natychmiast chwyciłem za pióro (a raczej usiadłem do podręcznej maszyny do pisania) i napisałem artykuł w obronie zielarki. W owym artykule pod tytułem „Awantura o Marię Treben”, który w październiku tego samego roku ukazał się w czasopiśmie „Esotera” (nr 10/86), próbowałem wyjaśnić, że Bożej apteki nie da się zweryfikować, stosując kryteria empirycznej, materialistycznej medycyny i farmakognozji. Te kryteria są w tym przypadku zbyt wąskie, zbyt redukcjonistyczne. Etnologia porównawcza i etnomedycyna posiadają lepsze narzędzia, pozwalające zrozumieć opartą na doświadczeniu tradycyjną sztukę leczenia, której przedstawicielką jest Maria Treben. Cytuję tu kilka fragmentów ze wspomnianego artykułu:

Tylko ten, kto rozumie istotę szamanizmu, może prawidłowo ocenić Marię Treben. Szamani to uzdrowiciele w tradycyjnych społeczeństwach. Znamy ich z pradawnych świadectw, a także z raportów etnograficznych opisujących plemienne społeczności Afryki, Ameryki, Azji albo Australii. Co łączy szamanów z różnych kultur?

Szamani mają szczególny związek z siłami nadprzyrodzonymi i pośredniczą w ich kontaktach z ludźmi. Wykorzystują swą unikalną wiedzę do leczenia ciała i ducha współplemieńców (w przeciwieństwie do tych, którzy parają się czarną magią i wykorzystują wiedzę do swych egoistycznych celów). Są związani i obeznani zarówno z kulturą, jak i naturalnym otoczeniem.

Po mistrzowsku potrafią wykorzystywać symbole, legendy i folklor swojego plemienia i wpływać dzięki temu na współplemieńców.

Ich wiedza pozwala im ująć naturę zewnętrzną w szerszym kontekście niż wiedza zwykłych ludzi.

U Celtów i Germanów nosicielkami wiedzy leczniczej były przede wszystkim kobiety. Tradycja tych mędrczyń uzdrowicielek sięga jednak czasów epoki kamienia. Germańskie prorokinie czerpały inspirację od łaskawej Frei, czczonej jako bogini miłości i ziół. U Celtów rolę tę odgrywała bogini Brigid, patronka zielarzy, poetów i kowali. W środku zimy, około 1 lutego, bogini światła była szczególnie blisko i ukazywała się swoim wyznawcom, obdarowując ich magiczną mową i wiedzą leczniczą, a także budziła do życia uśpione nasiona nadchodzącej letniej zieleni.

Wiedza uzdrowicielek znajdowała niewiele uznania w oczach wychudzonych mnichów Rzymu. Ale jako że nie mogli całkowicie wytępić tego pogaństwa, postanowili je „przemodelować”. W „miejscach mocy” budowano kościoły i kaplice. Starzy bogowie stali się diabłami albo zastąpiono ich postaciami świętych chrześcijańskich. Święta związane z określonymi porami roku zostały przemianowane na święta kościelne. I tak na przykład święto celtyckiej bogini stało się Ofiarowaniem Pańskim (dzień Matki Boskiej Gromnicznej). Już w 743 r. synod w Lestines zakazał zbierania ziół – wystarczać miały rośliny wymienione w Biblii, a nawet po prostu woda święcona, sakramenty, modlitwa i pielgrzymki do relikwii. Wkrótce jednak zioła Frei zmieniły swoje nazwy na zioła maryjne lub poświęcone św. Józefowi, np. oset św. Marii (ostropest plamisty) lub lilia św. Józefa (lilia biała), ziele Matki Boskiej (przywrotnik). Waleriana zawdzięcza swą nazwę rzymskiemu męczennikowi Walerianowi. Inne dawne zioła o czarodziejskiej mocy też otrzymały nazwy związane ze świętymi, np. ziele świętojańskie (dziurawiec), starzec jakubek czy pietruszka.

Takie motywowane ideologicznie nastawienie spotykamy też w dzisiejszych czasach, gdy po każdym przewrocie zmienia się nazwy placów i ulic.

W końcu jednak zielarze znaleźli nową ostoję w Koś­ciele. Uzdrowicielki zwracały się odtąd do Świętej Marii Panny i często przywdziewały habity zakonne, tak jak Hildegarda z Bingen. Ich siostry, modlące się wciąż do „diabłów” i „diablic”, czekał często stos. Pogańskie zioła otrzymywały odtąd błogosławieństwo kapłanów podczas sierpniowego święcenia ziół na Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Początek sierpnia to również czas starego święta celtyckiego, które w cyklu rocznym znajduje się dokładnie na przeciwległym biegunie dnia Matki Boskiej Gromnicznej i w niektórych regionach jeszcze dziś określane jest mianem święta czarownic.

Żywot uzdrowicielek, które często bywały też akuszerkami albo cyruliczkami, rzadko przebiegał bez problemów. Przykładem może być historia gospodyni domowej Margret Jones, którą spalono żywcem jako czarownicę w purytańskiej kolonii w Massachusetts w 1648 roku. Jej napary ziołowe i proszki z korzeni roślin okazywały się skuteczniejsze od mineralnych trucizn, puszczania krwi i łacińskich nazw chorób ówczesnych lekarzy. Skuteczniejsze też niż modlitwy pastorów. Jej sława uzdrowicielki szerzyła się po całej okolicy. Wkrótce wiedziała o niej cała kolonia. Wzbudziło to podejrzenia rady starszych. Szybko znalazły się odpowiednie argumenty. Tylko ktoś, kto jest związany z diabłem, może leczyć tak skutecznie. Czyż cierpienia, zarazy i kalectwo, które spuszcza na człowieka Jehowa, nie są karą za grzechy i wezwaniem do żalu za nie?!

Oświecenie można też rozumieć jako wystąpienie liberalnej, wzbogaconej burżuazji przeciw Kościołowi i feudalizmowi. Wszystko, co ma posmak zgniłej tradycji albo zjawisk nadprzyrodzonych, jest odtąd podejrzane. Za wizjonerów uważa się teraz naukowców, a nie duchownych. Niebawem oświeceniowi ludoznawcy określą szamanizm i animizm mianem najbardziej prymitywnych przejawów ludzkiego ducha, przeciwstawiając je całkowicie nowoczes­nej nauce opartej na eksperymentach. To, co nadnaturalne i ponadzmysłowe, zostaje wygnane do świata zabobonów, do piekła patologicznego subiektywizmu. Zielarki okreś­lane są pogardliwie jako baby albo znachorki. Stosując metody naukowe, oparte na powtarzalnych badaniach empirycznych (eksperymentach) i logicznych, wymiernych (tzn. dających się ująć w liczbach) wnioskach, nie spotyka się jakichkolwiek duchów chorób, bogów czy świętych dziewic. Żadna droga nie prowadzi tu do apteki Pana Boga.

Każdy, kto się na tę aptekę powołuje, musi się liczyć z niezrozumieniem, zwłaszcza jeśli – podobnie jak Maria Treben – nie porusza się swobodnie po labiryntach specjalistycznej terminologii i metodologii chemii, biologii i etiologii (nauki o przyczynach chorób). Jest z góry szarlatanem, szalbierzem i kuglarzem.

Uzdrowiciele praktykujący tradycyjne ziołolecznictwo, przez długi czas mogli korzystać z opieki Kościoła. Znane są siostry, takie jak te z opactwa w Fuldzie, zakonnice, takie jak Bernhardine z wielką wiedzą na temat ziół, a także wielu kapłanów zajmujących się ziołami, wśród których najsłynniejsi to Kneipp i Künzle. Ale jeśli ktoś odnosi takie sukcesy w leczeniu jak Maria Treben, dochodzi do czołowego zderzenia. Wśród setek tysięcy osób, które korzystały z jej pomocy, krytykowi jej metod nietrudno było znaleźć garść ludzi rozczarowanych, którzy mogli wystąpić jako świadkowie jej rzekomych szalbierstw.

Szamanem nie może być każdy. Szaman to człowiek, którego istota została wstrząśnięta u swych podstaw, którego świat w jakimś sensie się rozpadł, którego normalne życie legło w gruzach. Ma przy tym do czynienia z boskimi i demonicznymi siłami, które działają cały czas pod cienką powłoką naszego codziennego życia, kierując naszym losem. Wtedy dusza otwiera się, chcąc nie chcąc, na źródło.

Tylko nieliczni wychodzą z tego nietknięci – o ile w ogóle przeżyją albo nie oszaleją! To jednostki niepospolite. Zachowują się dziwnie, mają osobliwe zwyczaje i skłonności. Ale to właśnie oni mogą objawić bliźnim niedostrzegalne praprzyczyny rzeczy i zdarzeń. Rozpoznają głęboko ukryte źródła chorób i nieszczęść. Potrafią wezwać, wymodlić i wyczarować niewidzialnych pomocników i środki, które pomogą w walce z chorobą. Takie niezwykłe doświadczenie i przetrwanie tego doświadczenia uznają potem za szczególną łaskę i powołanie.

Jeśli jakąś ponadprzeciętną jednostkę w społeczności plemiennej nawiedza ciężka choroba, wypadek albo seria nieszczęść, odbierane to jest jako znak woli boskiej, jako interwencja duchów przodków, zwierząt magicznych lub bogów. W powrocie do zdrowia towarzyszą jej starsi szamani albo uzdrowicielki. Świadomie utrzymuje się i kultywuje jej dostęp do duchowych, niewidzialnych bytów, możliwy dzięki rozbiciu ego. Poznaje ona imiona tych bytów i uczy się z nimi świadomie komunikować. Poznaje drogi, którymi może do nich dotrzeć. Staje się w ten sposób mistrzem folkloru, legend i baśni (będących swego rodzaju przewodnikami po tym, co nadprzyrodzone). Również jej ubiór, pożywienie, uczesanie i zwyczaje odbiegają nieco od normy, bowiem żyje nie na tym świecie. Już za życia ma powiązania z tamtym światem. Jej ubiór odzwierciedla często intymne związki z duchami jej ludu i jej naturalnego i ponadnaturalnego świata.

Urodzona w Kraju Sudetów (Czechy) Maria Treben opowiada, że zawsze odczuwała głęboki związek z roślinami, że jej matka, jako wielka zwolenniczka Kneippa, oczywiście wypróbowywała działanie różnych ziół. I że jako dziecko często odwiedzała pewnego leśnika, który zaznajomił ją z wieloma roślinami. Ale to wszystko są zwyczajne sprawy, które nie wystarczają, żeby ktoś został świadomym swojej misji szamanem.

Życie Marii Treben zatrzęsło się w posadach, gdy po wojnie została wypędzona ze swojej czeskiej ojczyzny. Trwająca rok tułaczka po wielu obozach dla niemieckich uchodźców zakończyła się w Austrii.

„Wypędzenie zaskoczyło nas wszystkich. I kiedy mówię, że był to dla nas koniec świata, nie przesadzam” – wspominała później (Treben 1993, s. 16). W styczniu 1947 roku w obozie dla uchodźców w bawarskim Wülzburgu – rozłączona z mężem i z chorym dzieckiem pod opieką – zachorowała poważnie na tyfus. Oprócz tego miała obrzęk pęcherzyka żółciowego i żółtaczkę. Jej stan pogarszał się i była bliska śmierci. Niewielka ilość leków, jaką dysponowali lekarze, przeznaczona była dla pacjentów z lepszymi rokowaniami. Ordynator uznał, że jedynym lekarstwem, które może jej jeszcze pomóc, jest sok z glistnika jaskółczego ziela. Problem w tym, że nie wiedział, gdzie można to ziele znaleźć. Pielęgniarki odszukały jednak liście tej wypuszczającej wiosną pędy rośliny, wycisnęły z nich sok i podały chorej ćwierć szklanki do wypicia. To była ogromna dawka! Piła ten sok dwa razy dziennie, a potem poszło już z górki. Glistnik jaskółcze ziele, który jest też jednym z najważniejszych ziół według słynnego francuskiego zielarza Maurice’a Mességué, uratował jej życie.

Utrata ojczyzny i majątku, brak jakichkolwiek informacji o mężu i przede wszystkim choroba, po której dochodziła do zdrowia przez pół roku, podziałały jak „choroba szamańska”, będąca często jedną z oznak szamańskiego powołania.

W społecznościach plemiennych starsi szamani opiekują się tymi, którym przytrafiają się podobne rzeczy i uczą ich, jak sobie radzić z takimi doświadczeniami. W krajach chrześcijańskich to Kościoły na swój sposób zajmują się interpretacją tego typu fundamentalnych doświadczeń. Takie formatywne doświadczenie jest kierowane przy tym na chrześcijańskie tory, a osoba, której było udziałem, staje się „bogobojna” (we współczesnym, świeckim społeczeństwie trafia do labiryntu poradnictwa psychiatrycznego). Maria Treben została bogobojną gospodynią domową, zajmującą się ziołami.

Wraz ze śmiercią matki, która zmarła w święto Matki Boskiej Gromnicznej w 1961 roku, umocniła się w niej świadomość misji. W „Aptece Pana Boga” pisze: „Mia­łam poczucie, jakby kierowała mną jakaś siła wyższa – zwłaszcza Matka Boska, wielka opiekunka wszystkich chorych – i wskazywała mi najbardziej słuszną drogę. Zaufanie do NIEJ, adoracja i modlitwa przed starym, wspaniałym obrazem Marii, który dziwnym trafem znalazł się w moich rękach i tym samym stał się moją własnością, zawsze pomagały mi w chwilach zwątpienia” (Treben 2022, s. 9).

Matka Boska ukazała się jej już raz w wizji, którą miała podczas wojny. W pobliżu Kaplitz (Kraj Sudetów), kiedy była w drodze z dzieckiem w wózku, usłyszała lecący nad nią wrogi samolot szturmowy, który odleciał, nie uczyniwszy jej krzywdy. W tej samej chwili słońce przesłoniła chmura, która przybrała kształt Matki Boskiej opromienionej słonecznym blaskiem. Niebiańska postać uśmiechnęła się dobrodusznie do przytłoczonej swą dolą kobiety, która w jednej chwili zamarła bez ruchu. Potem obraz rozpłynął się. Odtąd Maria Treben czuła się bardzo związana z Matką Boską (Treben 1993, s. 15).

Duchowe przewodnictwo, które w religijnej rzeczywistości Marii Treben objawiło się jako Matka Boska, w innych kulturach przybrałoby inną postać. Nasi celtyccy, germańscy przodkowie rozpoznaliby w niej Freję, Brigid albo Panią Zimę, Grecy – Artemidę, Hindusi – Durgę albo Parwati, która jest inspiracją dla zielarzy. Przewodniczką zielarzy i zielarek jest prawie zawsze transcendentalna zasada o cechach kobiety matki.

Doświadczenie śmierci matki w święto Matki Boskiej Gromnicznej oznaczało dla Marii Treben pogłębienie jej powołania, co ma szczególne znaczenie dla tych, którzy zajmują się symboliką religijną albo nauką o archetypach Carla Gustava Junga. Święto Matki Boskiej Gromnicznej było pierwotnie świętem wspomnianej wyżej patronki uzdrowicieli i natury powracającej do życia po posępnej, mroźnej zimie. Imię Brigid oznacza mniej więcej „okryta wieńcem promieni słonecznych”. Ta majestatyczna bogini uzdrowicieli stanowi część pradawnego „pola morfogenetycznego” europejskiej kultury. Miłość i cześć, jakimi ją darzono, po wprowadzeniu chrześcijaństwa płynnie przeszły na Najświętszą Maryję Pannę.

Medycyna ludowa, różne zwyczaje, coroczne święta związane z cyklem rocznym, takie jak poświęcenie ziół na Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, a także tzw. przesądy i symbolika zostały mniej lub bardziej świadomie albo nieświadomie przeniesione w dzisiejsze czasy. Rośliny – cisi, zieloni współmieszkańcy naszej ziemi, są w pewnym sensie nośnikami prastarej wiedzy i mądrości. Wrażliwe, nieskażone dusze, zajmujące się długo, intensywnie i czule rodzimymi roślinami, tak jak robiła to Maria Treben, stopniowo zyskiwały dostęp do tej wiedzy.

Kiedy ponad dwadzieścia lat temu pisałem cytowany tutaj artykuł, przyszło mi do głowy, że nawet rok 1961 ma szczególne znaczenie. W Ameryce, gdzie mieszkałem, wydawało się, że nadchodzi nowa era, jakby wiał ciepły, wiosenny wiatr, dzięki któremu tajały sztywne, materialistyczne struktury, pozostałości po latach 50. XX wieku. W tym czasie pojawiły się pierwsze dzieci kwiaty z przesłaniami pochodzącymi z jaśniejszych światów. Treścią tych przesłań były: czulsze traktowanie natury, organiczna uprawa roślin, łagodna medycyna, poród naturalny i oczywiście ziołolecznictwo. Skomercjalizowany ruch hipisowski i politycznie zradykalizowani studenci pojawili się dopiero później, niczym cień podążający za światłem.

Wróćmy do tekstu:

Po swoim „powołaniu” Maria Treben przyciąga coraz szersze kręgi swoich zwolenników. Podchodzi do tego w bardzo „szamański” sposób, rygorystycznie trzymając się przy tym swojej wiary katolickiej. Opowiada o cudownych natchnieniach i nadprzyrodzonej pomocy: pewien starszy pan wręcza jej piękną, starą księgę zielarską. Ale ona jest zbyt zajęta, żeby się jej porządnie przyjrzeć. Mijają miesiące, aż kiedyś, koło północy, czuje się tak, jakby ktoś delikatnie nią potrząsał, żeby ją obudzić. Myśli przy tym o zielniku, otwiera go i czyta:

„Jeśli nic nie pomaga na zanik członków i mięśni, zastosuj to: drobno pocięty tasznik nastaw w gorzałce i umieść koło pieca lub na słońcu na dni dziesięć, wcieraj tę nalewkę codziennie, a do tego pij cztery kubki przywrotnika”. Kilka dni później dzwoni pewna kobieta z prośbą o pomoc: jest zupełnie bezradna z powodu zaniku mięśni.

„Kiedy doradziłam jej zastosowanie powyższego przepisu i po trzech tygodniach przyjechała do mnie do Grieskirchen zdrowa, dowiedziałam się, że tej samej nocy, gdy obudziłam się około północy, ona pielgrzymowała do San Damiano we Włoszech. Podczas podróży powrotnej autobusem jakiś mężczyzna, który dostrzegł jej bezsilność, powiedział jej o mnie. Wkrótce potem wzmocniła się na tyle, że mogła wrócić do pracy w swoim zawodzie pielęgniarki”.

Ta anegdota wzbudziła u wielu lekarzy niedowierzanie, a nawet oburzenie. „Leczyć zanik mięśni za pomocą tasznika? To niemożliwe. Być może w grę wchodzi bardzo rzadki w tym przypadku efekt placebo!”. Ale z etnomedycznego punktu widzenia takie postępowanie często spotyka się u szamanów. Inspiracja pochodzi z innych transcendentalnych wymiarów. Receptura jest rzadko uniwersalnym lekarstwem, które pomoże każdemu o podobnych objawach. Pomaga tylko we właściwym momencie i przy właściwym nastawieniu pacjenta.

Jest dla niej oczywiste, że to anioł stróż przywodzi do niej cierpiących, a zioła mają stempel łaskawej siły nadprzyrodzonej. W jej przypadku „czerwony sok z aromatycznego dziurawca sprawia wrażenie, jakby kropla krwi naszego Zbawiciela żyła ukryta w czerwonym barwniku złotożółtych kwiatów”. Nawet fale radiowe są dla niej źródłem nadprzyrodzonych komunikatów. Gdy rozmyśla o beznadziejnej sytuacji pewnej chorej kobiety, jej mąż nastawia małe przenośne radio, żeby nie czuła się samotna, a ona słyszy w tym radiu prawidłową odpowiedź na pytania, które sobie zadaje: „Mówi lekarz rodzinny. Korzeń tataraku leczy wszelkie zburzenia żołądka i jelit…”.

Dla prawdziwego szamana istota duchowa, bóg uzdrowiciel albo – mówiąc po chrześcijańsku – anioł, mogą się objawić wszędzie i we wszystkim, nawet w radiu. Istoty duchowe nie mają materialnych ciał, ale mogą działać poprzez każdą materię, żeby porozumieć się z właściwym człowiekiem.

Szamani uważają się za pośredników ponadzmysłowych inspiracji. Maria Treben też podkreślała zawsze: „To u NIEGO szukamy pomocy i pocieszenia, a w ciężkiej chorobie, z pokorą i w skupieniu, czerpiemy z JEGO apteki” (Treben 2022, s. 10).

To właśnie zakorzenienie w duchowym świecie pomogło Marii Treben w tym, że nie zboczyła z obranego kursu mimo kampanii oszczerstw i pomówień. Czyż jej poprzednicy, tacy jak ojciec ziołolecznictwa Sebastian Kneipp czy szwajcarski kapłan i zielarz Johannes Künzle nie spotykali się z podobną wrogością? I czy o sile łaski Bożej apteki nie zaświadczały cudowne uzdrowienia, o których wielu ludzi pisało do niej albo dawało o nich świadectwa podczas publicznych spotkań? Maria Treben daleka była od tego, by czerpać jakiekolwiek profity. To, że książka tak dobrze się sprzedawała i że zarabiała przy tym pieniądze, było właściwie sprawą podrzędną.

A teraz krótko o wyglądzie Marii Treben. Odziana jest zwykle w ludową sukienkę jako znak jej związku z ludem i naturą. Takie ludowe sukienki od dawien dawna noszą chłopki z pogranicza bawarsko-austriackiego. Maria zakłada je jak każdy szaman ubrany w swój pełen symboli szamański strój. Na zdjęciach w „Sternie” widać ją w jej najpiękniejszym stroju ze złotym czepcem na głowie. Złote czepce, błyszczące czapki wyszywane lśniącymi kamieniami szlachetnymi, spiczaste czapki z symbolami słońca, księżyca i gwiazd, nakrycia głowy z rogami i koroną z piór są i były od zawsze atrybutami szamanów, czarowników i uzdrowicieli. Symbolizują promienną aurę albo – jak powiedzieliby Hindusi – przebudzenie najwyższej czakry.

Aptekarze i farmaceuci, z którymi rozmawiałem na ten temat, ubolewają nad napaścią na wiekową damę, bo „uratowała od zapomnienia wiele starych, skutecznych kuracji ziołowych”. Niestety sprawiała przy tym wrażenie, jakoby można się było obejść bez lekarza. Często osoby ciężko chore, którym nic nie pomagało, szukały rady w „Aptece Pana Boga” w nadziei, że znajdą w niej ratunek, rezygnując przy tym z jakiejkolwiek terapii medycznej.

Czy Maria Treben obiecuje zbyt wiele? Ona sama mówi: „Dla mnie nie ma przypadków beznadziejnych!”. Każdy lekarz, nie tylko psychosomatyk, wie, że wiara pacjenta w wyzdrowienie i w efektywnej lekarstwa jest podstawowym warunkiem skutecznej kuracji. Wzmocnienie tej wiary to główny cel tradycyjnego uzdrowiciela. Za pomocą symboli i „zamawiań”, które trafiają do głębi duszy, pod warstwę zaabsorbowanej różnymi sprawami świadomości, stymuluje on wyobraźnię pacjenta.

Tańce, gry słów, formuły magiczne i świadectwa ozdrowieńców* odgrywają wielką rolę w zmianie nastawienia osób cierpiących, rozniecając w ich duszach zapał do kuracji i dodając wiary w możliwość powrotu do zdrowia. Powoduje to drobne zmiany w funkcjonowaniu organów. Coraz więcej wiadomo dziś o związanych z tymi procesami psychosomatycznych układach, które są w nie zaangażowane. Wiadomo, jak uczucia i emocje wpływają poprzez śródmózgowie (hypothalamus, hypophyse itd.) na gruczoły wydzielania wewnętrznego i autonomiczny układ nerwowy, co z kolei w różny sposób oddziałuje na procesy trawienia, oddychania, częstotliwość skurczów serca, krążenie krwi, seksualność, odczuwanie bólu i inne procesy zachodzące w ludzkim organizmie.

* Świadectwa, które dają ozdrowieńcy podczas prelekcji i w listach do Marii Treben, należą do tego rodzaju metod uzdrawiania. Dawanie świadectwa jest również praktykowane w uzdrowieniach wśród zielonoświątkowców i podczas seansów w namiotach szamanów.

Pozytywne oczekiwania są więc pierwszym etapem. Drugi to środki fizyczne, które w jakiś sposób stymulują i aktywują dotknięte chorobą narządy, żeby pobudzić ich podatność na duchowe przesłania przekazywane za pomocą symboli. Sprawdzają się w tym przypadku przede wszystkim, co potwierdzają etnolodzy badający wszystkie kultury, fizjotropowe substancje roślinne. Tradycyjni zielarze dysponują bardzo starą, przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzą zarówno na temat działania substancji ziołowych, jak i technik manipulowania duszą. Po części wydają się przekonujący dlatego, że sami noszą w sobie to przekonanie.

We wszystkich znanych nam społeczeństwach choroba i śmierć, tak jak uzdrowienie i narodziny, należą do sfery sacrum. Interpretuje się je jako fatum zsyłane przez bogów, demony, przodków lub przez inne trudne do pojęcia byty. Dlatego społeczeństwa te mają do dyspozycji specjalistów od rytuałów (uzdrowicieli, księży, szamanów, akuszerki), którzy na bazie własnego wtajemniczenia i powołania wiedzą, jak należy się z tymi mocami obchodzić.

Nasze nowoczesne, świeckie i materialistyczne społeczeństwo to wyjątek. Nie ma tu żadnych nadprzyrodzonych ram odniesienia. Jednak wśród zwykłych ludzi, do których przemawia Maria Treben, wciąż żywe jest pragnienie archetypicznej uzdrowicielki w postaci mądrej zielarki – tym większe, im bardziej przeraża ich bezduszność stechnicyzowanej medycyny.

Apteka Pana Boga nie jest, jak podejrzewają niektórzy krytycy, oszustwem czy sprytną reklamą. To raczej inna koncepcja ludzkiej egzystencji, inny światopogląd.

Ale czy niektóre z jej propozycji nie są niebezpieczne? Z pewnością w przypadku nieprawidłowego zastosowania i dozowania. Jednak czy to właśnie nie ze względu na zagrożenia, jakie niesie za sobą nowoczesna medycyna (choroby jatrogenne wywołane interwencją medyczną i zakażenia szpitalne), tak wielu ludzi zwraca się do Marii Treben?

Błogosławieństwo akuszerki

To tyle, jeśli chodzi o artykuł, który ukazał się przed ponad dwudziestu laty. Tymczasem Maria Treben zmarła. Spory jednak pozostały.

Po ukazaniu się artykułu dostałem wiele listów. Jeden z czytelników był oburzony, że wierzącą chrześcijankę określiłem mianem „szamanki”. Dziś nie nazwałbym zielarki szamanką – raczej „osobowością szamańską” i to nie w duchu ezoteryki New Age, ale w sensie etnologicznym. Jeszcze lepszy byłby tu termin „uzdrowicielka” w takim znaczeniu, w jakim używają go Indianie. „Uzdrawianie” dla pierwotnych mieszkańców Ameryki nie polega na stosowaniu produktów farmakologicznych albo środków leczniczych, ale na użyciu siły, zakorzenionej w świecie ponadzmysłowym. Uzdrowiciel albo uzdrowicielka to człowiek „święty”, ktoś, kto samą swoją obecnością wpływa na różne rzeczy, ktoś, kto sprowadza uzdrawiające siły boskich mocy i czyni je użytecznymi dla innych w naszym zwyczajnym świecie.

Wśród przysłanych do mnie listów był jeden, który w sposób szczególny poruszył mnie i moją żonę: pewna akuszerka, w podzięce za to, że kruszyłem kopie w obronie zielarki, przysłała mi kopię wywiadu, którego udzieliła Maria Treben jednemu z amerykańskich czasopism. Można w nim było przeczytać: „W przypadku bezpłodności kobieta powinna pić codziennie na czczo i wieczorem przed snem 25 kropli ekstraktu z jemioły, a do tego szklankę herbatki z krwawnika”.

My sami długo czekaliśmy na dziecko. Zawsze go pragnęliśmy, ale nic z tego nie wynikało. Zbadaliśmy się nawet pod kątem płodności. Teoretycznie wszystko było w porządku. I nagle, po piętnastu latach, moja żona zaczęła robić na drutach maleńkie spodenki i kapciuszki. Nasze pragnienie spełniło się właśnie dzięki Marii Treben.

Tak właśnie działają uzdrowiciele. Sama ich obecność jest błogosławieństwem, ma uzdrawiający wpływ i wprawia rzeczy w ruch.

Kiedy aptekarka Pana Boga przepisuje jemiołę, czyni to w harmonii z polem morfogenetycznym pradawnych przekazów europejskiego kręgu kulturowego. Już według Celtów i praceltyckich konstruktorów budowli megalitycznych rosnąca na drzewach jemioła była w stanie sprowadzać na ziemię kosmiczne moce płodności. Śluzowate, białe jagody uważano wtedy za nasienie niebiańskiego byka, który zapładnia boginię Ziemi. Na koronację celtyckiego króla druidzi ścinali złotymi sierpami gałązkę jemioły i składali ofiarę z dwóch białych byków. Ta kosztowna ceremonia miała zapewnić urodzaj krajowi, czego gwarantem był władca (Storl 2005b, s. 247). Również ksiądz zielarz Kneipp, który tak jak Maria Treben był nieświadomie związany z duchem celtycko-germańskim, zalecał sok z młodych gałązek jemioły jako środek na bezpłodność, zaburzenia czynności macicy, krwawienia z dróg rodnych, nowotwory macicy i białe upławy. Pisał: „Nie da się przecenić znaczenia jemioły dla matek. Powinny zawrzeć z nią bliską znajomość” (Willfort 1997, s. 363).

Krwawnik pospolity, który dodatkowo zaleca Maria Treben w formie naparu, uważano również już od pradawnych czasów za ziele kobiece, przydatne w leczeniu chorób kobiecych, między innymi bezpłodności. „Krwawnik dobrze robi niewieście” – mówi ludowe przysłowie. W średniowieczu nazywano to zioło super­cilium veneris, czyli „brwią Wenus”. Przede wszystkim ze względu na śliczne, filigranowe, pierzaste listki, ale także jako symbol związku z boginią, która w swej władzy ma organy rozrodcze.

Od Marii Treben nauczyłem się sporo o praktyce zielarskiej, a wiedzę tę przekazywałem na swoich kursach i seminariach dotyczących ziołolecznictwa. Przez całe lata prowadziłem takie kursy w Haus Sanitas w pobliżu miasteczka Rohrbach w austriackim regionie Mühlviertel. Poczułem się zaszczycony, gdy moja gospodyni, pani Thiloy, powiedziała mi, że Maria ­Treben prowadziła często w tym samym miejscu takie same kursy i omawiała te same zioła. Przy takich okazjach wciąż spotykam osoby, którym w cudowny sposób pomogło dzieło Marii Treben. Pewna kobieta opowiadała o swojej matce, zapalonej ogrodniczce, która cierpiała na chroniczną chorobę pęcherza. Wykształceni lekarze nie potrafili znaleźć na nią żadnego sposobu. W ogrodzie tejże kobiety rósł jakiś uciążliwy chwast, którego nie można się było w żaden sposób pozbyć. Pewnego dnia przeglądała książkę niejakiej Treben, która przypadkowo wpadła jej w ręce.

Przy takich okazjach wciąż spotykam osoby, którym w cudowny sposób pomogło dzieło Marii Treben.

Zobaczyła w niej na rysunku znienawidzone zielsko. W tekście przeczytała, że skrzyp polny może pomóc przy jej przewlekłych dolegliwościach. Wypróbowała zamieszczoną tam recepturę. Po niedługim czasie objawy ustąpiły i już nie powróciły. Dla owej kobiety było to prawdziwym cudem.

Maria Treben, która odeszła do duchowego świata w dzień Świętej Anny (26 lipca) 1991 roku, cały czas sprawia cuda. Wciąż zdarza się, że chorzy w niezwykły sposób trafiają na jej rady i wskazania i zdrowieją. Chociaż zielarka pozbyła się już swej doczesnej postaci, w dalszym ciągu pozostaje uzdrowicielką, która przekazuje nam wiedzę o ziołach z ogrodu Pańskiego.

Wolf-Dieter Storl

czerwiec 2007

Bibliografia

Gesund mit Kraut und Ruben?, „Stern Magazin” 1986, nr 29.

W.D. Storl, Krach um Marias Kräuterkunde, „Esotera” 1986, nr 10.

W.D. Storl, Mit Pflanzen verbunden, wyd. Kosmos, Stuttgart 2005a.

W.D. Storl, Pflanzen der Kelten, wyd. AT-Verlag Baden–Munchen 2005b.

W.D. Storl, Streifzüge am Rande Midgards, wyd. KOHA, Burgrain 2006.

M. Treben, Apteka Pana Boga. Nowe wydanie, Purana, Lutynia 2022.

M. Treben, Maria Treben, Kurzbiographie, wyd. Ennsthaler Verlag, Steyr 1997.

R. Willfort, Das große Handbuch der Heilkräuter, wyd. Nikol, Hamburg 1997.

Co warto wiedzieć o ziołach leczniczych

Rozpoznawanie ziół

Już samo to, że w poszukiwaniu ziół leczniczych z Bożego ogródka wybierzecie się na długi spacer, będzie z wielką korzyścią dla waszego zdrowia. Bo dzięki temu zaczniecie się ruszać na świeżym powietrzu, z dala od miast i autostrad. Z czasem sami zobaczycie, jak dobroczynny wpływ wywiera to na wasz organizm i jak silną odczuwacie potrzebę, by wyruszyć na kolejny długi spacer zielarski. Ci, którzy dopiero zaczynają zajmować się ziołami leczniczymi, powinni na początek ograniczyć się do rozeznania w terenie. Szukajcie wybranych roślin w opisywanych miejscach, nauczcie się je rozpoznawać i zorientujcie się dzięki temu, co rośnie w waszej okolicy. Jeśli nie chcecie zdawać się wyłącznie na włas­ny osąd, zapiszcie się na zielarskie wycieczki prowadzone przez specjalistów i gromadźcie dzięki nim praktyczne doświadczenia. Chodzi tu przede wszystkim nie tyle o ewentualne zagrożenie waszego zdrowia w razie pomyłki, co o stan przyrody. Wiele roślin leczniczych znajduje się pod ochroną, z kolei inne, do złudzenia podobne do tych o dobroczynnym działaniu, są dla naszych celów bezużyteczne i nie należy ich zrywać bez potrzeby. Dopiero gdy nabierzecie wprawy w rozpoznawaniu roślin, można wyprawić się na prawdziwe „ziołobranie”.

Zbieranie

Dobra znajomość ziół leczniczych jest niezbędnym warunkiem ich zbierania. Ale nie jedynym – oprócz rozpoznawania roślin ważne jest jeszcze, by zbierać je w stosownym miejscu i o właściwym czasie oraz w odpowiedni sposób.

Doświadczenie uczy, że największą skuteczność wykazują świeżo zerwane zioła. Przy ciężkich schorzeniach są one po prostu niezbędne dla powodzenia terapii. Świeże zioła można samodzielnie zbierać już bardzo wczesną wiosną, niekiedy nawet od końca lutego aż do listopada. Niektóre da się znaleźć nawet zimą, pod śniegiem, o ile znamy miejsce, w którym rosną (np. glistnik jas­kółcze ziele).

Na zimę warto sporządzić nieprzesadnie duży zapas ziół suszonych. W tym celu zbieramy zioła w okresie, gdy koncentracja substancji czynnej jest w nich największa. W przypadku ­KWIATÓW jest to sam początek kwitnienia, w przypadku LIŚCI – okres kwitnienia i czas, który go poprzedza. KORZENIE należy wykopywać bardzo wczesną wiosną lub jesienią. OWOCE zbieramy, gdy całkowicie dojrzeją.

Podczas zbierania należy przestrzegać następujących zasad: zrywamy tylko zdrowe, czyste rośliny wolne od robactwa! Zbiorów dokonujemy w słoneczne dni, gdy rośliny są suche, a więc po obeschnięciu porannej rosy.

Nie należy zbierać ziół na nawożonych chemikaliami polach i łąkach, na brzegach brudnych i skażonych zbiorników wodnych, na nasypach kolejowych ani w pobliżu autostrad, uczęszczanych dróg i ośrodków przemysłowych.

Dbajmy o przyrodę! (Nie wolno wyrywać roślin z korzeniami. Nie uszkadzajmy ich). Niektóre gatunki są pod ochroną, istnieje jednak pod dostatkiem innych roślin o identycznej skuteczności, które jej nie podlegają.

Przy zrywaniu nie należy zgniatać płatków ani liści. Nie zbieramy ziół do foliowych siatek ani plastikowych torebek, bo szybko się w nich zaparzają i później czernieją w trakcie suszenia.

Suszenie

Przed suszeniem ziół nie należy myć, a jedynie drobno posiekać. Przygotowane rośliny rozkładamy luźno na ściereczkach lub niezadrukowanym papierze i jak najszybciej suszymy w cieniu lub w ciepłym, przewiewnym pomieszczeniu (strych). W przypadku korzeni, kory lub fragmentów roślin o dużej zawartości wody niekiedy wskazane jest wykorzystanie grzejników. Pamiętajmy jednak, by temperatura nie przekraczała 35°C. Korzenie (wcześ­niej dokładnie umyte), a także jemiołę i wierzbownicę przed suszeniem najlepiej pokroić na małe kawałki.

Do przechowywania przez zimę nadają się tylko zioła suche jak pieprz. Najlepiej zapakować je do słoików albo zamykanych kartonów. Unikajmy plastikowych pojemników i blaszanych puszek! Zioła wymagają ochrony przed światłem, dlatego doskonałe będą słoiki z kolorowego szkła, najlepiej zielonego.

Zapasy robimy wyłącznie na jedną zimę! Z czasem zioła tracą swoje lecznicze właściwości, a przecież każdy rok obdarowuje nas nowymi roślinami.

Zastosowanie i łączenie ziół

Przy sporządzaniu mieszanych herbatek ziołowych nie musimy narzucać sobie żadnych ograniczeń, nawet jeśli wykorzystane zioła mają w założeniu służyć leczeniu zupełnie odmiennych chorób. Zioła lecznicze nie stanowią dla siebie konkurencji, nie będą więc niwelować nawzajem swojego działania, jeżeli będziemy je zażywać jednocześnie. Również zalecane w tej książce dzienne ilości herbatek są całkowicie nieszkodliwe, ostatecznie nasze nerki potrzebują około 2 litrów płynów dziennie. Nie należy też jednak popadać w odwrotną skrajność i nie wlewać w siebie ogromnych ilości takich napojów. Ziół leczniczych należy używać z umiarem. Zwiększenie ich ilości w herbatce, kąpieli lub nasiadówce nie sprawi, że będą one działały silniej. Znacznie istotniejsza jest zmiana naszego emocjonalnego nastawienia do dobroczynnego działania ziół. Spróbujmy bardziej zatroszczyć się o własne ciało, wsłuchać w jego potrzeby i otworzyć na leczniczą moc ziół, zamiast pozwolić, by choroba angażowała wszystkie nasze myśli i siły duchowe. Wewnętrzne, emocjonalne nastawienie jest równie ważne dla sukcesu terapii jak odpowiednie dawkowanie i zastosowanie ziół leczniczych.

Podane w przepisach informacje na temat wagi odnoszą się zawsze do ziół suszonych, które można kupić w aptekach, sklepach zielarskich i tych z żywnością ekologiczną.

Jeśli natomiast ktoś zada sobie trud zbierania ziół świeżych – których lecznicza moc przewyższa działanie suszonych – powinien pamiętać o następującym przeliczniku: zamiast łyżeczki suszu bierzemy garść świeżych ziół. Oczywiście nie ma znaczenia, że większa dłoń zdoła schwycić kilka listków więcej. Znacznie istotniejsze jest dokładne przestrzeganie sposobu przygotowania. Przy parzeniu herbatek ziół nigdy nie należy gotować, bo w ten sposób można zniszczyć wszystkie ich lecznicze właściwości. Z kolei w przypadku kąpieli ziołowej bądź nasiadówki trzeba pamiętać, że dla powodzenia terapii równie istotne jak sama kąpiel jest to, by dobrze się po niej wypocić.

Sposoby wykorzystania ziół

Przygotowywanie herbatek

Parzenie (przyrządzanie naparów): Podaną w przepisie ilość świeżych ziół kroimy drobno i umieszczamy w szklanym dzbanku lub innym, niemetalowym pojemniku. Wodę doprowadzamy do wrzenia, zdejmujemy z ognia i zalewamy zioła. Świeże zioła zaparzamy bardzo krótko (wystarczy pół minuty!). Gotowa herbatka powinna być bardzo jasna: jasnożółta lub jasnozielona. Suszone zioła należy zaparzać nieco dłużej (od jednej do dwóch minut). Tak przyrządzona herbatka jest zdecydowanie łatwiej przyswajalna, a przy okazji ładniej się też prezentuje.

Korzenie w podanej ilości zalewamy wodą, krótko gotujemy i odstawiamy do naciągnięcia na trzy minuty.

Dzienną porcję herbatki można przelać do termosu i popijać małymi łyczkami przez cały dzień, chyba że w zaleceniach podano inaczej. Ogólnie bierzemy kopiastą łyżeczkę ziół na ćwierć litra wody (1 szklankę), choć w przypadku poszczególnych roślin proporcje te mogą się zmieniać.

Parzenie na zimno: Niektórych ziół (np. ślazu, jemioły czy tataraku) nie wolno zalewać wrzątkiem, bo pod wpływem gorąca tracą swoje lecznicze właściwości. Dlatego w tym przypadku stosuje się metodę parzenia na zimno. Podaną w przepisie ilość zalewamy zimną wodą i odstawiamy do naciągnięcia na 8–12 godzin (najczęściej na noc), a następnie lekko tylko podgrzewamy do letniej temperatury i całą dzienną porcję przelewamy do termosu, wypłukanego uprzednio gorącą wodą. Za jedną z najlepszych i najskuteczniejszych form wykorzystania ziół leczniczych uchodzi mieszanka gorącego naparu i płynu parzonego na zimno: zioła zalewamy połową podanej w przepisie ilości wody i odstawiamy na noc. Następnego ranka przecedzamy, a pozostałe „fusy” zalewamy drugą połową wody, tym razem wrzącej. Ponownie odcedzamy i łączymy obydwa płyny. Taki sposób przygotowania herbatki pozwala zachować zarówno te substancje czynne, które rozpuszczają się tylko w zimnej wodzie, jak i te, które wymagają wody gorącej.

Nalewka (esencja, ekstrakt)

Nalewki to także wyciągi roślinne, tyle że pozyskiwane z użyciem alkoholu (czysta wódka lub destylat owocowy o mocy 38–40%). Butelkę lub inne zamykane szklane naczynie wypełniamy luźno wybranymi ziołami aż po szyjkę i zalewamy alkoholem. Szczelnie zakręcamy i odstawiamy w ciepłe miejsce (ok. 20°C) na 14 dni lub dłużej. W tym czasie wielokrotnie wstrząsamy zawartość butelki. Na koniec całość odcedzamy, starannie odciskając pozostałe zioła. Nalewki stosuje się doustnie (określoną ilość kropli rozcieńczyć herbatką) lub zewnętrznie do nacierań i okładów.

Świeży sok

Świeży sok wyciśnięty z ziół zażywa się doustnie (określoną ilość kropli) lub stosuje zewnętrznie do natrzepywania zmienionych chorobowo partii skóry. Do jego przygotowania służy sokowirówka, która jednocześnie rozdrabnia rośliny i wyciska z nich sok. Sok należy przyrządzać każdego dnia tuż przed podaniem. Jeśli jednak przelejemy go do małych buteleczek i szczelnie zamkniemy, można przechowywać go w lodówce przez kilka miesięcy.

Papka ze świeżych roślin

Liście wraz z łodygami rozgniatamy wałkiem na drewnianej stolnicy na gęstą papkę. Otrzymaną masę rozsmarowujemy na lnianej ściereczce, przykładamy do chorego miejsca, mocujemy za pomocą chustki i dodatkowo owijamy, aby zapobiec utracie ciepła. Taki okład można pozostawić na całą noc.

Parowe kompresy ziołowe

Na garnku z wrzącą wodą mocujemy sitko, układamy w nim świeże lub suszone zioła, całość przykrywamy. Po pewnym czasie wyjmujemy ciepłe zioła, które zmiękły pod wpływem pary, przekładamy je na cienką ściereczkę lub gazę. Przykładamy do chorego miejsca, przykrywamy wełnianą chustką i dobrze mocujemy całość inną chustą lub bandażem. Kompres musi być ciepły. Wyjątkowo skuteczne są parowe kompresy ze skrzypu. Okłady tego rodzaju pozostawia się na skórze na 2 godziny albo na całą noc.

Przyrządzanie maści i olejków ziołowych

Cztery kopiaste garście ziół (a więc dwa razy tyle, ile mieści się w złożonych dłoniach) drobno siekamy. 500 g smalcu wiep­rzowego rozgrzewamy do takiej temperatury, jak do smażenia panierowanych kotletów. Do gorącego tłuszczu partiami wsypu­jemy przygotowane zioła, mieszamy, podgrzewamy razem przez chwilę, a następnie zdejmujemy z ognia, przykrywamy i odstawiamy na noc do ostygnięcia. Następnego dnia całość lekko podgrzewamy i przecedzamy przez lnianą ściereczkę. Jeszcze ciepłą maścią napełniamy przygotowane słoiczki lub szklane pojemniczki.

Przygotowanie olejów wygląda następująco: butelkę napełniamy luźno kwiatami lub ziołami aż po szyjkę i zalewamy oliwą tłoczoną na zimno, tak by tłuszcz sięgał na dwa palce powyżej roślin. Odstawiamy na 14 dni na słońce lub w miejsce w pobliżu pieca.

Kąpiele ziołowe

Pełna kąpiel: Wybrane zioła zalewamy zimną wodą i odstawiamy na noc. Na jedną kąpiel potrzebne będzie pełne wiaderko (6–8 litrów) świeżych ziół lub 200 g suszonych. Następnego dnia płyn podgrzewamy i wlewamy wyciąg do wanny z wodą. Czas kąpieli to 20 minut. Okolice serca powinny znajdować się powyżej linii wody. Po zakończeniu kąpieli nie wycieramy się, tylko owijamy w duży kąpielowy ręcznik lub płaszcz i przez godzinę pozwalamy skórze odparować w naturalny sposób.

Nasiadówka: Nasiadówkę przygotowuje się tak jak pełną kąpiel, z tą różnicą, że wystarczy nam w tym przypadku pół wiaderka świeżych lub 100 g suszonych ziół. Woda powinna sięgać powyżej poziomu nerek! Pamiętajmy, by przestrzegać zaleceń dotyczących poszczególnych ziół!

Po ponownym podgrzaniu wodę pozostałą po kąpieli lub nasiadówce można wykorzystać jeszcze dwukrotnie.

Kompres z ziół szwedzkich

Przed przyłożeniem kompresu chore miejsce koniecznie smarujemy świńskim tłuszczem lub maścią nagietkową, żeby zawarty w nalewce alkohol nie wysuszył skóry. Kawałek waty lub ligniny zwilżamy ziołami szwedzkimi, przykładamy w wybranym miejscu. Żeby oszczędzić sobie późniejszego prania, okład można przykryć nieco większym kawałkiem mocnej folii, a następnie zamocować ciepłą chustką i ewentualnie dodatkowo bandażem. W zależności od choroby i stopnia wrażliwości skóry pacjenta okład pozostawiamy na 2–4 godziny, a następnie talkujemy skórę. U osób bardzo wrażliwych podrażnienia mogą wystąpić nawet pomimo tych środków ostrożności – wówczas należy skrócić czas noszenia kompresu bądź przejściowo całkiem z niego zrezygnować. Alergicy powinni zrezygnować z owijania okładu folią i zamocować kompres wyłącznie za pomocą chust i bandaży. Pod żadnym pozorem nie należy zapominać o natłuszczeniu skóry przed przyłożeniem kompresu! Gdyby pojawił się świąd, posmarować maścią nagietkową.

Po nałożeniu kompresu nie trzeba koniecznie kłaść się do łóżka – jeśli zostanie dobrze przymocowany, można z nim także siedzieć lub poruszać się po domu.

40 najważniejszych roślin leczniczych Marii Treben

Arnika górska

Arnica montana

Nazwy ludowe: Pomornik, pomurnik, tranek górski, anielskie ziele, kupalnik

Wygląd: Z rozety krótkich, pozbawionych ogonków i lekko owłosionych liści wyrasta łodyga główna o długości 30–50 cm, z której w kątach liści łodygowych wyrastają dwie łodygi boczne zakończone nieco mniejszymi kwiatami niż łodyga główna. Kwiaty pomarańczowożółte, promieniste, pokryte jedwabistymi włoskami, o charakterystycznym zapachu.

Gdzie rośnie: W niezanieczyszczonych regionach górskich i podgórskich Europy, na polanach leśnych i górskich halach do wysokości 2500 m n.p.m., a także na torfowiskach, podmokłych łąkach, wrzosowiskach i górach średniej wysokości. Można ją znaleźć przede wszystkim na słonecznych łąkach. Na terenach, gdzie na łąkach stosuje się nawozy sztuczne, arnika obumiera.

Kiedy kwitnie: Od końca czerwca do lipca, a wysoko w górach – do sierpnia

Substancje czynne: Gorzki związek o nazwie arnicyna i olejki eteryczne obecne w kwiatach, ponadto żywice i garbniki.

Cechy szczególne: Niedoświadczeni zbieracze często mylą arnikę górską z kozibrodem łąkowym ze względu na jego podobne, ciemnożółte kwiaty. Kwiaty arniki mają jednak ciemniejszy odcień, zewnętrzna okrywa działek kielicha jest miękko owłosiona oraz odznaczają się też niepowtarzalnym zapachem. Arnika to jedyna wśród roślin z rodziny astrowatych, u której w kontach przeciwległych liści łodygowych wyrastają łodygi boczne zakończone kwiatostanem.

W kielichach często można znaleźć czarne larwy muchówki Tephritis arnicae, bliskiej krewnej pospolitego szkodnika wiśni i czereśni nasionnicy trześniówki. Przed zalaniem kwiatów alkoholem larwy należy usunąć.

Zbiory: Kwiaty zrywać, zanim całkiem rozkwitną, korzenie delikatnie wykręcać. Suszyć w cieniu. W niektórych krajach arnika znajduje się pod ochroną*.

* W Polsce podlega ścisłej ochronie gatunkowej, a według Polskiej Czerwonej Księgi Roślin należy do gatunków zagrożonych wyginięciem. Pozyskiwanie jej z naturalnych stanowisk jest zabronione [przyp. kons.].

Ktoś, kto tak jak ja, jest głęboko związany z roślinami leczniczymi i osiąga z ich pomocą kolejne efekty, graniczące niemal z cudem, nie jest w stanie oprzeć się myśli, że Stwórca rozesłał całe to bogactwo tuż przed naszymi stopami. Niestety, ludzie często mijają je obojętnie i nie są w stanie poczuć boskiej potęgi.

Maria Treben

Działanie lecznicze

Odpowiednio dawkowana arni­ka działa pobudzająco przy niewydolności serca i wspomaga ukrwienie serca i mózgu, w tych celach można ją jednak stosować wyłącznie pod nadzorem lekarza. Częściej wykorzystywana jest nalewka z arniki, pozyskiwana przede wszystkim z kwiatów. To uniwersalny lek na skaleczenia i stłuczenia. Stosowana zewnętrznie, regeneruje tkankę i lepiej niż jakikolwiek inny lek likwiduje przekrwienia, siniaki, pomaga przy silnych stłuczeniach, zwichnięciach i skręceniach. Można ją też stosować przy głębokich ranach, czyrakach i (w niektórych przypadkach) przy uporczywym trądziku. Uwaga: nierozcieńczona nalewka z arniki może spowodować zaczerwienienie skóry, a nawet powstanie pęcherzy! Ze względu na reakcje alergiczne, które mogą występować u niektórych pacjentów, w niemieckiej medycynie naturalnej dopuszcza się jedynie zewnętrzne stosowanie arniki.

W jakiej postaci stosować

Nalewka (esencja)

Płatki kwiatów delikatnie oddzielić od zielonych działek kielicha, wsypać do butelki, napełniając ją do dwóch trzecich wysokości. Zalać alkoholem (38–40%), odstawić w ciepłe miejsce na co najmniej dwa tygodnie. Część przygotowanej esencji odlać, przecedzić, resztę zostawić do dalszego naciągania. Po przelaniu pierwszej części do małej buteleczki, zawartość dużej butli można raz jeszcze zalać alkoholem.

Apteczna nalewka z arniki o mocy 75% stosowana jest przy skaleczeniach i stanach zapalnych skóry, jednak przed użyciem wymaga rozcieńczenia przegotowaną i ostudzoną wodą w proporcji 1 : 1. W stanie nierozcieńczonym może doprowadzić nawet do poparzenia skóry.

Olejek

Butelkę napełnić kwiatami arniki, zalać oliwą, odstawić na co najmniej trzy tygodnie w ciepłe miejsce.

Mieszanki ziołowe (s. 252–258).

Przy jakich chorobach stosować

Dławica piersiowa: Przy zwężeniu naczyń wieńcowych delikatnie wmasować nalewkę z arniki w okolicach serca.

Bóle oczu: Kilka razy dziennie posmarować zamknięte powieki i kąciki oczu paroma kroplami nalewki z arniki.

Krwiaki: Kilka razy dziennie natrzeć chorobowo zmienione miejsce nalewką z arniki.

Deformacje stawów: Nacierania nalewką arnikową pomagają przy zrostach i stwardnieniach w obrębie dłoni. W zdeformowane dłonie można także wmasowywać olejek z arniki.

Brodawki: Wacikiem nasączonym nalewką z arniki energicznie nacierać brodawkę kilka razy w ciągu dnia.

Dolegliwości menopauzalne: Przez dłuższy czas regularnie popijać mieszaną herbatę ziołową 1 (s. 252)

Osłabienie wzroku: dla wzmocnienia wzroku wielokrotnie w ciągu dnia nacierać powieki i kąciki oczu nalewką z arniki.

Rany kłute i urazy uderzeniowe: Przy ranach kłutych, uderzeniach i ukąszeniach owadów nacierać bolące miejsce nalewką z arniki. Aby uniknąć podrażnienia skóry, warto je uprzednio posmarować maścią nagietkową.

Rany: Na świeże rany kilkakrotnie w ciągu dnia nakładać kompres z nalewki z arniki. Aby uniknąć podrażnień, uprzednio posmarować skórę olejkiem z rumianku lub dziurawca.

Skaleczenia: Przy wszelkiego rodzaju skaleczeniach zaleca się okłady z nasączonych alkoholem płatków arniki. Przed nałożeniem kompresu skaleczone miejsce posmarować maścią nagietkową, aby zawarty w nalewce alkohol nie wysuszył skóry.

Stłuczenia: Nacierać nalewką z arniki.

Zaburzenia miesiączkowania: Przez dłuższy czas regularnie popijać mieszankę ziołową 1 (s. 252), nawet gdy miesięczne krwawienia wrócą do normy.

Zapalenie łożyska paznokcia: Kilka razy dziennie wcierać w chory paznokieć nalewkę z arniki.

Zawał lub uszkodzenie serca, osłabione krążenie: Mieszanka ziołowa 2 (s. 252) okazała się najbardziej skuteczna przy wszelkich dolegliwościach sercowo-naczyniowych.

Zwężenie tętnic wieńcowych: Przy zwężeniu naczyń wieńcowych i dolegliwościach sercowych na tle nerwowym należy delikatnie nacierać okolice serca nalewką z arniki. Taki zabieg przynosi pacjentom natychmiastową ulgę i spokój.

Zwichnięcia i skręcenia: Bolące miejsce posmarować nalewką z arniki lub obłożyć płatkami kwiatów nasączonymi alkoholem.

Dowody na skuteczność arniki

Pani K.Sch. z Vorarlbergu napisała:

„Mam 72 lata. Okulista powiedział, że mam zaćmę. Nastawiłam na dziesięć dni rutę zwyczajną w dobrej wódce, rano i wieczorem nacierałam nią powieki i niebawem widziałam znacznie lepiej. Poradziłam to samo pewnemu staremu, prawie zupełnie niewidomemu mężczyźnie. Dowiedziałam się później, że znowu widzi. To bardzo dobry środek na słabe oczy. Podobnie działa esencja z arniki.

Moja siostra, która nosiła okulary, smarowała sobie zamknięte oczy arniką. Już nie potrzebuje soczewek. Ja też nosiłam okulary, a przy tym jestem hafciarką. Teraz nie muszę ich już zakładać do haftowania. Zioła pomagają, jeśli stosuje się je regularnie”.

15 sierpnia 1981 roku pani Gertrude J. z B. w Szwajcarii napisała:

„W Szwajcarii znaleźliśmy wspaniałą arnikę, którą nastawiłam w czterdziestoprocentowej wódce. Kilka kropli (rozcieńczonych wodą) wystarczyło, by pozbyć się silnej zgagi. Ból kolana również ustąpił dzięki wcieraniu w nie tak przygotowanej arniki”.

Babka lancetowata

Plantago lanceolata

Nazwy ludowe: Babka koniczynowa, języczki polne, żywiec

Wygląd: Bylina o wąskich, szablastych liściach, dorastająca do 50 cm. Kwiaty zebrane w kulisty kłos osadzone na cienkich, wzniesionych łodyżkach. Szypułki kwiatowe wznoszą się wysoko ponad liście. Babka zwyczajna ma szerokie liście, a lancetowata – długie i wąskie. Obydwa gatunki są mrozoodporne i zimozielone.

Gdzie rośnie: Zarówno babkę lancetowatą, jak i należącą do tej samej rodziny babkę zwyczajną (Plantago major) można spotkać na poboczach dróg, łąkach, obrzeżach lasów i pastwiskach, zboczach, w rowach i na wilgotnych ugorach praktycznie na całym świecie. Trudno byłoby znaleźć dróżkę przez pole czy łąkę, na której skraju nie rosłaby babka.

Kiedy kwitnie: Od maja do września

Ciekawostki: W czasach naszych przodków babka była równie rozpowszechniona jak dziś i już wówczas cieszyła się nadzwyczajną sławą. Ziele to uważano za strażnika, względnie władcę dróg, których pobocza porasta ku pożytkowi ludzkości*. W pewnym rękopisie, prawdopodobnie z XI wieku zachowała się też formuła uzdrawiającego zaklęcia, przywołującego dziewięć roślin, w tym również babkę: „I ty, babko, roślin matko, otwierasz się na wschód, w środku jesteś potężna: po tobie przetaczały się wozy, po tobie jeździły kobiety, nad tobą płakały panny, nad tobą parskały byki. Wszystko przetrzymałaś, wszystko przemogłaś. Przemóż więc jad i zarazę, i zło, które nad nasze strony nadciągają!”.

* Współczesna niemiecka nazwa babki (Wegerich) wywodzi się z języka staro­-wysoko-niemieckiego, od ‘wega-rih’, czyli dosłownie ‘król dróg’ [przyp. tłum.].

Zbiory: Liście zbiera się wczesną wiosną aż do początku kwitnienia i jak najszybciej suszy w temperaturze od 30 do 50°C. Nasiona należy zbierać, gdy dojrzeją (­sierpień­–październik) w bezdeszczowe dni.

Działanie lecznicze

Babkę lancetowatą i zwyczajną wykorzystuje się w taki sam sposób. Do celów leczniczych służą sok, liście i korzenie, rzadko nasiona.

W pierwszej kolejności babka znajduje zastosowanie w leczeniu wszelkich chorób układu oddechowego, szczególnie przy silnym zaflegmieniu, kaszlu, krztuścu, astmie płuc, a nawet gruźlicy płuc. W postaci herbatki jest też bardzo godna polecenia przy dolegliwościach wątroby i pęcherza. Działa regulująco na rozleniwione lub przesadnie aktywne jelita, pomaga przy bólach zębów, głowy i uszu.

Jak można wyczytać w starych zielnikach, zażywanie ośmiu gramów nasion babki dziennie przeciwdziała tworzeniu się kamieni nerkowych. Dodatkowo w trakcie kuracji należy popijać herbatkę z babki. Syrop z babki lancetowatej oczyszcza krew z zarazków i toksyn. Mieszkańcy wsi dobrze wiedzą, że babka od niepamiętnych czasów uchodzi za najlepsze lekarstwo na skaleczenia. Roztarte świeże liście pomagają przy zadraśnięciach, ranach ciętych, użądleniach osy, a nawet przy ugryzieniach agresywnych psów, węży i innych jadowitych zwierząt, choć w tym ostatnim przypadku jedynie jako prowizoryczne rozwiązanie, gdy nie można natychmiast zapewnić pomocy lekarskiej. Świeże liście, roztarte w dłoniach, wymieszane z odrobiną soli i przyłożone do szyi leczą wole. Włożone do butów liście babki likwidują pęcherze, powstałe wskutek pieszych wędrówek. Każdy guz, choćby złośliwy, ustępuje, jeśli potraktować go świeżymi, roztartymi liśćmi. Taki okład, przyłożony w chorym miejscu, pomaga nawet przy złośliwych chorobach gruczołów. Również w przypadku otwartych ran na stopach (stopa cukrzycowa), przykładanie liści babki sprawi, że szybko zamkną się i zagoją.

W jakiej postaci stosować

Herbatka

Kopiastą łyżeczkę drobno posiekanej babki lancetowatej lub zwyczajnej wsypać do szklanki, zalać gorącą wodą. Parzyć przez pół minuty, przecedzić, pić małymi łyczkami. Wypijać dwie szklanki herbatki dziennie.

Mieszany sok

Świeżo zerwane listki pokrzywy, mniszka lekarskiego, krwawnika pospolitego i babki lancetowatej umyć, wycisnąć w sokowirówce. Co godzinę wypijać łyżkę tak przygotowanego soku. Jeśli ze względu na porę roku część wymienionych ziół nie jest dostępna, należy pić świeży sok z pozostałych ziół sezonowych.

Syrop

Cztery kopiaste garście liści babki umyć, przepuścić przez maszynkę. Otrzymaną papkę rozrzedzić niewielką ilością wody, dodać 300 g cukru nierafinowanego i 250 g miodu. Cały czas mieszając, podgrzewać na małym ogniu, aż syrop zgęstnieje. Gorący przelać do słoików, przechowywać w lodówce.

Syrop 2: Umyte liście układać w słoju, przesypując kolejne warstwy cukrem nierafinowanym, dokładnie ugnieść. W następnych dniach dokładać kolejne warstwy, aż słój będzie całkowicie pełny. W osłoniętym miejscu w ogrodzie wykopać dołek i umieścić w nim słój, zamknięty trzema lub czterema warstwami pergaminu. Przykryć deseczką i dodatkowo obciążyć kamieniem, a następnie przysypać ziemią, tak by deseczka i kamień były wciąż widoczne. Pod wpływem równomiernego ciepła gleby liście babki przefermentują z cukrem, tworząc syrop. Po mniej więcej trzech miesiącach wyjąć słój z ziemi, wycisnąć sok w wyciskarce (nie metodą cedzenia przez ściereczkę), doprowadzić do wrzenia, chwilę pogotować i przelać do szczelnie zamykanych słoików. Jeżeli ta metoda fermentacji jest dla nas niedostępna, możemy też postawić słój na słońcu lub w pobliżu pieca do czasu, aż na dole naczynia ustoi się warstwa syropu.

Nasiona babki lancetowatej

Nasiona babki lancetowatej i zwyczajnej od wieków uznawane są za lek przeciwdziałający tworzeniu się kamieni. Dziennie należy zażywać 8 g nasion, a ponadto wypijać szklankę herbatki z babki.

Okłady z liści

Świeżo zerwane liście babki umyć, rozgnieść wałkiem na desce. Otrzymaną papkę przykładać do chorego miejsca. Liście można także zamrozić, a następnie po rozmrożeniu wykorzystywać tak jak świeże.

Mieszanki ziołowe (s. 252–258).

Przy jakich chorobach stosować

Astma: mieszanki ziołowe 49 lub 50 (s. 257) wedle zaleceń powyżej.

Choroby gruczołów: Złośliwe choroby gruczołów leczy się okładami z babki lancetowatej lub zwyczajnej.

Choroby skóry: Istnieje wiele sposobów pomocnych przy dolegliwościach skórnych przejawiających się grudkami i wypryskami, które po jakimś czasie się otwierają, ropieją, sączą i trudno goją. Na otwartą ranę można przyłożyć papkę z liści babki lancetowatej lub zwyczajnej. Jeśli chory źle reaguje na taki okład, należy go spłukać i zacząć od przemywania skrzypem i ślazem, po czym spróbować raz jeszcze nałożyć okład z babki, aż zacznie on pacjentowi przynosić ulgę. Przy ranach o dużej powierzchni należy na całą noc owinąć chorego lnianym płótnem, uprzednio obłożonym papką z liści babki.

Choroby węzłów chłonnych: Do powiększonych węzłów chłonnych przykładać papkę z rozgniecionych liści.

Chrypka: Małymi łyczkami wypijać od dwóch do czterech szklanek herbatki z babki dziennie.

Gruźlica płuc: W ciągu dnia wypijać małymi łyczkami od dwóch do trzech szklanek herbatki z babki.

Kamienie nerkowe: Każdego dnia wypijać małymi łyczkami od dwóch do trzech szklanek herbatki. Wraz z naparem zażywać 8 g nasion babki dziennie, aby zapobiec dalszemu tworzeniu się kamieni.

Kamienie w pęcherzu moczowym: Nasiona babki lancetowatej i zwyczajnej od wieków uchodzą za skuteczny środek zapobiegający tworzeniu się kamieni. Dziennie spożywać 8 g nasion i popić je szklanką herbatki z babki.

Kamienie żółciowe: Dziennie wypijać od dwóch do trzech szklanek herbatki z babki. Do tego zażywać 8 g nasion babki lancetowatej dziennie, żeby zapobiec dalszemu tworzeniu się kamieni.

Kaszel i krztusiec: W ciągu dnia wypijać wiele szklanek herbatki z babki. Można też sięgnąć po mieszankę ziołową 36 (s. 256).

Kłopoty z pęcherzem: Małymi łyczkami wypijać dziennie jedną do dwóch szklanek mieszanki ziołowej 49 (s. 257).

Liszaj: Wypijać dwie szklanki herbatki z babki dziennie.

Nadmierna bladość: babka lancetowata i zwyczajna oczyszczają krew, płuca i żołądek, dlatego można je polecić wszystkim osobom o nazbyt bladej cerze. Spożywać dwie szklanki herbatki z babki dziennie, popijać małymi łyczkami.