Ukochany syn - Catherine Cookson - E-Book

Ukochany syn E-Book

Catherine Cookson

0,0

Beschreibung

Ile jest w stanie zrobić dla swego jedynego syna zdesperowana matka, na której decyzje wpływają chorobliwe ambicje spełnienia własnych marzeń z przeszłości? Ellen Jebeau wyszła za mąż za idealistę, który poza snuciem planów na przyszłość, niewiele zdziałał, by je osiągnąć. Po jego śmierci kobieta została z długami, a żeby jakoś sobie radzić – wraz z synkiem Józefem zamieszkała u swego owdowiałego szwagra, sir Arthura. Dość nieoczekiwanie dla samej siebie Ellen została kochanką szwagra, zaś jedynym sensem jej życia stało się zapewnienie swemu dziecku wszystkiego, za czym sama tęskniła, co pozwałoby mu wieść dostatnie, choć niekoniecznie szczęśliwe życie. Jeśli lubisz skomplikowane losy bohaterów przez całe życie niosących brzemię trudnych relacji z rodziną jak u Danielle Steel i sagi rodzinne Dilly Court‎‎, docenisz wartość tej wzruszającej powieści. -

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 369

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Catherine Cookson

Ukochany syn

przełożyła Elżbieta Wirpsza

Saga

Ukochany syn

 

Tytuł oryginału My Beloved Son

 

Język oryginału angielski

Cover image: Shutterstock.

Copyright © The Catherine Cookson Charitable Trust, 1991.

Copyright ©1991, 2023 Catherine Cookson i SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788728405338 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Część pierwsza

1926 

W chwili, gdy smukła kobieta schodziła ze stopni wagonu kolejowego, unosząc do góry małego chłopca, wionął na nich zmieciony z dachu tuman śniegu. Przystanęła, by rozejrzeć się po niewielkim peronie, spoglądając najpierw w jedną, potem w drugą stronę. W tej samej chwili ujrzała, jak z drzwi dość odległego budynku zmierza w jej kierunku dwóch mężczyzn, zakutanych po same uszy.

Mężczyzna w pilotce odezwał się pierwszy. – Moja droga Ellen, jakoś zdążyliśmy na czas. – Ujął jej rękę i nie przerywając słów powitania obrzucił spojrzeniem chłopca. – Więc przyjechaliście. – Po czym ponownie zwrócił się do Ellen, nie pozwalając jej dojść do słowa. – A gdzie bagaż? – zapytał. – W wagonie? Dick, zajmij się tym.

Po raz pierwszy odezwała się kobieta. – Mam ze sobą jedynie dwie torby podróżne – powiedziała spokojnie i odwróciła głowę w stronę wagonu. – Reszta została wysłana przed trzema dniami.

– Co? Trzy dni temu? Nic nie przyszło. No, to zbieramy się! Jak się cieszę, że cię widzę, Ellen. Co za pogoda. Nie wiem, czy się do niej przyzwyczaisz, bo mieszkałaś na południu. U nas jak nie zła pogoda, to wojna. A jak nie wojna, to strajk. Do czego dojdziemy?

Gdy mijali kasy biletowe i szli do wyjścia, prawie cały czas śmiał się głośno, jedną ręką prowadząc pod ramię Ellen, a drugą trzymając chłopca. Przy wyjściu z dworca czekał na nich samochód z niewielką przyczepą.

Kiedy mężczyzna pomagał kobiecie i dziecku wsiąść do samochodu, prószył równo gęsty śnieg. – Jazda nie będzie zbyt przyjemna, ale myślę, że sobie poradzimy. Przynajmniej taką mam nadzieję. – Znowu się zaśmiał, po czym zawołał do drugiego mężczyzny zajętego przymocowywaniem bagażu w przyczepie: – Ruszaj skoro, jak nie chcesz iść pieszo! – Przy tych słowach znów się roześmiał. Chłopiec, który spojrzał na niego, gdy już zamykał drzwi, również zachichotał, co wywołało dwie reakcje: mężczyzna krzyczał: – Dobrze, chłopcze! Oj, dobrze! Dobry to znak, że potrafisz się śmiać, chłopcze – a matka szeptem upomniała go: – Uspokój się, Joseph.

Dziecko podniosło na chwilę wzrok na matkę, a potem, kręcąc się na siedzeniu, zaczęło ręką w rękawiczce skrobać po szybie.

– Śnieg jest z drugiej strony szyby – odezwała się matka.

– Wiem o tym.

Uśmiechając się do niego, potrząsała głową, jakby rozbrojona swoją bezsilnością.

Człowiek zwany Dickiem zajął miejsce przy kierownicy i tak gwałtownie ruszył do przodu, że wszyscy pozsuwali się z siedzeń, co znów wywołało śmiech chłopca. Tym razem jednak Ellen Jebeau już go nie upominała, tylko szybko wysunęła rękę do przodu, jakby go chciała zabezpieczyć przed ponownym upadkiem, i obejmując go drugą ręką za szyję, przycisnęła mocno do boku. Powoli odchylała się do tyłu, by wygodnie oprzeć się na siedzeniach, co dawało jej możność lepszego przyjrzenia się Arthurowi Jamesowi Jebeau, jej szwagrowi, którego widziała jedynie dwa razy w ciągu pięciu lat, od kiedy wyszła za mąż za jego młodszego brata. Zastanawiała się teraz, tak samo jak i wówczas, jak różne osobowości mieli ci dwaj bracia. Ten, który siedział w samochodzie, był rozmowny, energiczny, pełen życia i przedsiębiorczy, podczas gdy jej zmarły mąż pod każdym względem stanowiący jego dokładne przeciwieństwo, snuł marzenia, których nigdy nie potrafił zrealizować. Ostatnie z jego marzeń zabiło go. Stało się to za granicą, kiedy po raz kolejny próbował zrobić fortunę przez jedną noc, podczas gdy dla zrealizowania takiego przedsięwzięcia większość ludzi potrzebowałaby całego życia. Tym marzeniem było uruchomienie produkcji wina. Zastanawiała się nad tym, jak w ogóle doszło do tego, że się spotkali, ponieważ różnica charakterów między nią a jej mężem była tak samo ogromna, jak między braćmi. Ona nigdy nie marzyła, natomiast miała dążenia, czasem nawet bardzo silne, wywodzące się ze zmysłu praktycznego, a nie z bezpodstawnych mrzonek. W pewnym sensie nie żałowała tego, że Joe umarł, gdyż zdawała sobie sprawę, że i tak by się rozeszli. Wiedziała też w głębi ducha, że jeśli miałaby własne pieniądze, na pewno doszłoby do rozwodu. Nie była to jednak cała prawda. O tym, czy miałaby odejść, czy pozostać, decydowałby fakt, komu powierzono by opiekę nad dzieckiem. Łaskawy los oszczędził jej jednak tej decyzji. Mówiła „łaskawy”, lecz z pewnością nie myślałaby o tym w taki sposób, gdyby wiedziała, że jej zmarły mąż pozostawi jej w spuściźnie długi i zastaw hipoteczny na stary, zimny i ponury dom na wsi, do którego zabierał ją z taką dumą, jakby był to królewski pałac.

Miesiąc temu siedzący teraz przed nią mężczyzna przyjechał z Francji, aby zająć się pogrzebem swojego brata. Pozostawił jej wystarczającą sumę pieniędzy dla uporządkowania spraw męża. Spontanicznie zaproponował również gościnę w swoim domu do czasu, kiedy będzie chciała samodzielnie realizować własne plany.

Pod żałobnym welonem skryła nie tylko uczucie ulgi, ale i swoistą radość, jaką sprawiła jej ta propozycja. Chociaż szwagier był już od pięciu lat wdowcem, to z uwagi na miłość, jaką żywił do swej zmarłej żony, nie wyglądało na to, iż nadszedł czas, by ktoś mógł ją już zastąpić. Pamiętała jego piękny dom i nieraz podczas bezsennych nocy w swoim ponurym, ogołoconym domu zastanawiała się nie bez odrobiny zawiści, dlaczego jeden brat może mieszkać w luksusie, podczas gdy drugi, głównie z własnej winy, wiedzie żywot nie lepszy od chłopa.

Coraz częściej pocieszała się teraz myślą, że w domu szwagra nie było nikogo do zarządzania gospodarstwem domowym; sprawami domu zajmowali się bowiem jedynie żona i córki stajennego, który teraz siedział obok swego pana. Nie było więc tam nikogo, kto by pełnił obowiązki gospodyni i z kim musiałaby rywalizować, jak również żadnej pani domu, której musiałaby się podporządkować.

Wtuliła twarz w ramiona, a z jej piersi dobyło się ciężkie westchnienie na myśl o tym, jaka przyszłość ją czeka, gdy zima ustąpi miejsca nadchodzącej wiośnie, a po niej nadejdzie upalne lato. Znając swój charakter zdawała sobie sprawę, że na wiosnę może się spodziewać burz, latem zresztą też. Nie wszystko od razu – powiedziała do siebie. Nie wszystko od razu. Nowe życie rozpoczynało się nie tylko dla niej, ale i dla jej syna. Instynktownie przycisnęła go mocniej do siebie, dopóki nie odezwał się niemal z płaczem: – Mamusiu, gnieciesz mi rękę.

* * *

Do domu jechali półtorej godziny. Nie patrzyła na krajobraz, gdyż pamiętała go z poprzednich podróży. W swoim mniemaniu niewiele straciła, bowiem pagórkowaty teren o gołych i kamienistych zboczach nie był dla niej niczym godnym uwagi.

Przyglądała się natomiast z uwagą fasadzie domu i unosząc wzrok patrzyła na sczerniały pas kamienia, okalający wysoki słup starego komina, z którego unosił się gęsty dym.

Znaleźli się w hallu i wokół nich nagle zrobiło się tłoczno. Na tłustej twarzy, wieńczącej równie nalaną figurę Jessie Smith, rozlewał się uśmiech powitalny, nie obejmujący jednak oczu. Niepodobna do matki, jej dziewiętnastoletnia córka, Mary, chuda i zwinna, i w przeciwieństwie do matki z roześmianymi oczyma, kolejno to podnosiła, to opuszczała głowę w powitalnym geście. Wszyscy pomagali przy wnoszeniu stojących przed domem bagaży.

Naprzeciwko, w milczeniu, stało dwóch podrostków, wyglądających na zakłopotanych i słuchających nie kończących się uwag ojca. – Coraz gorsza pogoda. Jutro nigdzie się nie ruszymy. Czy wyprowadzaliście zwierzęta na dwór? Jeśli tak dalej będzie i nie będą zażywać ruchu, to brzuchy im popękają. Nie stójcie jak słupy soli. Przywitać się z ciotką! Martin i Harry. Pamiętacie chyba swoją ciotkę, co?

Dwunastoletni Martin wysunął się pierwszy do przodu i wyciągając rękę odezwał się grzecznie: – Dzień dobry, ciociu Ellen. – Następnie dziesięcioletni Harry, idąc jak zwykle w ślady brata, wyciągnął rękę i powiedział: – Dzień dobry, ciociu Ellen. – Potem, kiedy obaj jednocześnie podeszli do chłopca, on podniósł głowę i z uśmiechem powiedział do nich: – Cześć.

– Cześć – uśmiechając się równie szeroko, odpowiedzieli prawie jednocześnie.

– Ładnie się pali – chłopiec wskazał na żarzące się polana, które wystawały z zawieszonego wysoko drucianego kosza.

– Cóż, na pewno nie będziesz pamiętał – odezwał się Martin – ale kiedy miałeś roczek omal do niego nie wpadłeś.

– Naprawdę?

– Tak. I drugi raz na twoje urodziny. Akurat wypadają w wigilię Bożego Narodzenia, prawda?

– Tak, kończę wtedy pięć lat.

– Hoho, to ci wiek! – Martin przybrał sztucznie poważną minę, z czego wszyscy się roześmieli.

– Podejdź bliżej, to się ogrzejesz.

Podczas gdy Martin podawał rękę Joe, Ellen powiedziała: – Lepiej, żeby poszedł na górę i się przebrał. Na pewno przemoczył nogi.

– Ale ja wolę iść... z nimi

Ellen jednak wyciągnęła rękę. – No chodź, i bądź grzeczny.

Joe powiódł wzrokiem najpierw po braciach stryjecznych i ich ojcu, a potem spojrzał na matkę, która czekała na niego z wyciągniętą ręką. Z westchnieniem, które mogłoby wydać z siebie o wiele starsze dziecko, odwrócił się od chłopców. Nie podał ręki matce, lecz minął ją i poszedł w stronę schodów. Nie podniósł jednak oczu na piękny podest i widać było, że to wspaniałe otoczenie nie robi na nim żadnego wrażenia. Charakter miał już ukształtowany: nie pociągały go przedmioty, lecz osobowości. W tej chwili nie miał jednak pojęcia, jakie to będzie miało znaczenie w jego życiu.

* * *

Joseph miał zapamiętać swoje piąte urodziny na całe życie. Wspomnienie atmosfery tego domu, a zwłaszcza wspomnienie hallu tkwiło w nim zawsze, nawet wtedy, gdy wszystko oprócz tego zatarło się w niepamięci. Wczesnym rankiem w wigilię Bożego Narodzenia Martin i Harry posadzili Joe na grzbiet konia i oprowadzali go po podwórzu, które w przeważającej części było odśnieżone. Potem poszli razem na strych, gdzie wytarzali go w sianie, a później zabrali go ze sobą do rodziny Smithów, by pomógł im zanieść prezenty. Posuwali się gęsiego w dół, wąską ścieżką, przechodząc pomiędzy zaspami śniegu, aż doszli do miejsca, gdzie stały trzy chałupki. Tam po raz pierwszy poznał całą rodzinę.

Pana Smitha i jego żonę, potężną tęgą kobietę, która przygotowywała pyszny pudding, już poznał, no i oczywiście znał ich córkę, Mary, która pomagała przy gotowaniu i podawaniu do stołu. Służąca Helen, ta, która była tak podobna do swojej matki, miała szesnaście lat, przynajmniej tak mu mówiła. Potem był Charlie. On również pracował dla tego domu – czyścił buty, mył butelki i szklanki w małym pokoju, który cały był do jego dyspozycji. Miał siostrę bliźniaczkę, Florie, którą zatrudniono do zmywania naczyń w kuchni. I był jeszcze Mick, który – jak się wydawało – robił wszystko, od pomocy w ogrodzie po kucie koni. Było jeszcze dwóch członków rodziny Smithów, których widział teraz po raz pierwszy. Jedną z nich była Janet, trzynastoletnia dziewczynka chodząca do szkoły. Ale tą, która go bardziej interesowała, była najmłodsza, Carrie.

* * *

Po raz pierwszy Joseph ujrzał Carrie siedzącą na polanach przy palącym się ogniu. Wydawało się, że jest przytłoczona przez swoją rodzinę, ale dla niego – jak później to określił Mick – błyszczała jak klejnot na śmietnisku. Nie dlatego, że była ładna. To Janet była śliczną dziewczynką, Carrie natomiast niczym się nie wyróżniała, no, może z wyjątkiem oczu. Były okrągłe, teraz o trudnym do określenia kolorze, gdyż przy każdym błysku płomienia, zmieniał się ich odcień od brązu do czerni. Usta ciągle jeszcze miała jak dziecko, w kształcie pączka róży, jednak opadające ich kąciki wskazywały, że myśli Carrie były niewesołe.

Joseph stał i nieśmiało spoglądał na małą dziewczynkę siedzącą na polanach, w czasie gdy rozbrzmiewające wokół głosy zdawały się falami przechodzić przez jego głowę: – Wesołych świąt. Wesołych świąt. Wesołych świąt.

– Dziękuję, dziękuję.

– Jaki nasz pan jest dobry.

– Może przestać być taki dobry, jak nie wrócisz tam i nie zajmiesz się obiadem.

– Och, mamo, nie jestem tu długo, a pani Paxtone dopilnuje wszystkiego.

– Podziękuj Panu Bogu za te wszystkie podarki. I idź już tam, i zaczekaj, dopóki do ciebie nie przyjdę.

– Och, dziękuję, paniczu Harry.

– Och, dziękuję, paniczu Martin.

Fala głosów gdzieś opadła, kiedy Martin wciskał coś do ręki Joe.

– Proszę cię, Joe, daj to Carrie – wskazał na dziewczynkę siedzącą na polanach, a Joseph bez chwili wahania podszedł do niej i wręczył jej pudełko.

Pokój zaległa pełna wyczekiwania cisza. W odpowiedzi Carrie jednym zręcznym ruchem rączki zdarła kolorowy papier z pudła pośród westchnień i okrzyków zgorszenia.

– Nie do wiary, co ten diabeł zrobił.

– Ty niegrzeczna dziewczyno!

– Aż trudno uwierzyć!

– To się wkłada do pończochy, ty niecnoto!

– Dajcie jej otworzyć to teraz – dobiegł ich głos dziesięcioletniego Micka. Chłopiec miał głos dorosłego i jakby nim już był, nikt nie zaprotestował. Słychać było jedynie zachęcający głos jej matki: – No dobrze, otwórz teraz, Carrie.

Do tej pory dziewczynka zdążyła już zdjąć wieczko tekturowego pudełka i po wyciągnięciu bibułki oczom jej ukazała się lalka, która wyglądała jak niemowlę w długiej sukience. Po chwili uniosła ją w górę, a wtedy Charlie zawołał: – Ooo, a to heca! Przyniósł jej dzieciaka!

Edukacja stajenna ujawniająca się w tym zabawnym powiedzonku nie uszła uwagi ojca i chłopak niechybnie wylądowałby na ziemi w rogu pokoju, gdyby nie Mick, który zdołał go przytrzymać.

– To cię powinno czegoś nauczyć. Nie trzeba po próżnicy mleć językiem – powiedział ojciec.

Z kuchni dobiegały niespokojne głosy, więc Martin znając zwyczaje ojca, odezwał się jak najmilej: – No cóż, musimy, niestety, już wracać... Nie popakowałem jeszcze prezentów dla innych. Jeśli zaś chodzi o Harry’ego, to nie wiem, czy zrobił już zakupy.

– Może ktoś inny za niego zrobił, no nie? – Zuchwała uwaga Janet wywołała tu i ówdzie kilka złośliwych uśmieszków. Joseph też się śmiał, choć nie wiedział sam z czego. Wiedział jedynie, że chciałby zostać jeszcze dłużej, by pobawić się z Carrie; Martin ujął go jednak za rękę, więc gdy już wychodzili, Joe naśladował kuzyna, powtarzając za nim: – Wesołych świąt. Wesołych świąt. – Kiedy zbliżyli się do drzwi, które Dick już przed nimi otworzył, Joe odwrócił się do ludzi zgromadzonych w małym pokoiku. – Dzisiaj są moje urodziny! – zawołał. – Ukończyłem pięć lat!

Odpowiedzią na te słowa był szczery śmiech, przemieszany z okrzykami: – Dużo szczęścia dla panicza Josepha! Dużo szczęścia!

Kiedy wracali ścieżką, Martin zaśmiał się. – Chyba masz bzika, Joe. Oni wiedzieli, że są twoje urodziny. Mówiłeś o nich, odkąd dzisiaj wstałeś. Czy Dick nie dał ci prezentu, małego drewnianego konika?

– Tak, tak, wiem, ale... dużo czasu minęło od rana i mogli już o tym zapomnieć.

Dwaj bracia, zrywając boki ze śmiechu, weszli na dziedziniec i wówczas Harry wziął Josepha za drugą rękę, po czym puścili się pędem, podskakując i unosząc Joe co parę kroków w górę. Gdy dopadli domu, natychmiast zaczęli na wyścigi zrzucać z siebie buty, płaszcze, czapki i szaliki, by jak najszybciej powalić Joe na dywan przed kominkiem i tarzać się wspólnie wśród łaskotek i mocowania. Trwało to do chwili, aż cały ten harmider sprowadził matkę na dół.

Tym razem Ellen nie powiedziała tego, co zazwyczaj mówiła przy takich okazjach: „Przestań już, Joseph. Zachowuj się, proszę, i bądź grzeczny!” Spokojnym ruchem przysunęła krzesło bliżej kominka, a chłopcy, którzy przestali się wreszcie tarmosić i legli jeden na drugim, zaczęli się jej przyglądać.

Ellen nie nosiła już żałoby. Miała teraz na sobie popołudniową suknię z grantowego aksamitu i z wysoko upiętymi włosami wyglądała jak postać z pięknego obrazu.

Martin patrzył na nią mrużąc oczy, jakby coś lub kogoś chciał sobie przypomnieć. Długo nie był tego pewien, dopóki przez umysł nie przemknęło mu wspomnienie matki schodzącej ze schodów i ubranej w taką samą suknię, jaką ciotka Ellen miała w tej chwili na sobie.

Ellen była świadoma tego, że Martin się jej przygląda i zgadywała jego myśli. Wczoraj jego ojciec powiedział do niej: – Nie smuć się tak, Ellen. Zmarli nie wracają. Ja w ubiegłym roku musiałem się z tym wreszcie pogodzić, a i ty powinnaś zrobić to samo. Wiem, jak bardzo może ci brakować Joe, gdyż był najmilszą istotą, jaką Bóg stworzył na tej ziemi. To prawda, że nie był praktyczny, ale to jeszcze nie grzech. Uważam, że ten brak pragmatyzmu był również jego zaletą. Było w nim tyle wiary, aż bił od niego jakiś szczególny rodzaj niewinności. Też opłakiwałem Verę. Przez cztery lata nie mogłem się pogodzić z jej śmiercią. Jej ubieralnię traktowałem jak sanktuarium. Jej ubrania ciągle jeszcze tam są. Często myślałem, aby Jessie je wzięła dla swojego stadka, ale poniekąd nie mogłem znieść myśli, że oni będą nosić ubrania mojej żony. Wiesz, że w pewnym sensie jesteś do niej podobna, ten sam wzrost i ten sam koloryt. Więc jeśli się zgodzisz, to proszę cię, abyś korzystała z jej strojów. Jestem pewien, iż byłaby zadowolona, że ktoś je nosi. Kochała ładne rzeczy i miała dobry gust.

Udało jej się wtrącić: – O tak, tak. Pamiętam, jaka była elegancka i piękna. Ja nigdy nie będę taka jak ona – dodała potem. – Znam swoje braki w wyglądzie i niedostatki charakteru.

– Myślę, że przesadzasz, Ellen. Jesteś zbyt skromna. Jednak będę ci wdzięczny, jeśli zrobisz, jak proszę.

Zrobiła to, o co ją prosił, z ledwością skrywając podniecenie, jakie towarzyszyło wejściu w posiadanie wielkiej garderoby i szafy wypchanej pięknymi sukniami i paltami – wszystkie bardzo kosztowne. Przypomniała sobie teraz, że zazdrość, jaką żywiła wobec szwagierki, nie była bezpodstawna.

Chłopcy ciągle jeszcze leżeli zadyszani na dywanie, kiedy do hallu wszedł ich ojciec. Zatrzymał się na sekundę, spoglądając na Ellen, po czym skierował się w stronę kominka i zawołał do chłopców: – Podnosić się! Jazda stąd i pokażcie choć raz w życiu, czy potraficie zachować się jak młodzi dżentelmeni. No, wstawać, prędzej! – zawołał ponownie, ciągnąc swoich synów za kołnierze i potrząsając nimi, a przy tym zanosząc się ze śmiechu. Popchnął ich w kierunku schodów, mówiąc: – Idźcie i przebierzcie się na górze, bo cuchniecie stajnią. Zabierzcie ze sobą tego małego hultaja i przypilnujcie, aby umył uszy i wyczyścił paznokcie. – Znów chłopcy ujęli Josepha za ręce i unosząc go co dwa stopnie w górę, wrzeszczeli wniebogłosy: – Raz, dwa, trzy, w górę, hop!

Arthur podszedł powoli do pozłacanego francuskiego stolika stojącego pod ścianą, którego delikatna konstrukcja wyraźnie kontrastowała z surowością otaczającego go kamienia, i dobył papierosa ze srebrnego pudełka. Gdy miał go już zapalić, odwrócił się raptownie do Ellen. – Maniery, ach, te maniery. Jak mogę się spodziewać po chłopcach zachowania dżentelmena, kiedy mają przed sobą taki wzór jak ich ojciec. Przepraszam cię, moja droga. – Podał jej papierośnicę. – To wszystko bierze się z braku kobiety w domu, a Vera im nie pobłażała.

– Ja też im nie pobłażam. Nie, dziękuję.

– W pewnym sensie jestem rad, bo to nałóg. Kobiety starają się przydać mu elegancji używając długich cygarniczek, ale nikotyna wędruje tymi samymi drogami, i wiadomo, że nie czyni nic dobrego. Kaszlę czasem jak diabli. – Kciukiem postukał się po klatce piersiowej. Zmienił nagle swoje zachowanie, bowiem z twarzy zniknął mu uśmiech, a jego głos nabrał powagi. – Pięknie dzisiaj wyglądasz, Ellen.

– Dziękuję ci, Arthurze, ale jeśli strój zdobi mężczyznę, kobietę zdobi jeszcze bardziej. To dzięki tej sukni, dzięki tej pięknej sukni. Wahałam się z jej założeniem, bojąc się, żeby cię to nie rozstroiło.

– Ach nie, nie. To już mi nie przeszkadza. Być może byłoby tak parę lat temu, ale jak mówi stare porzekadło, czas to wielki lekarz. No więc – znów zmieniając sposób bycia, stał się na nowo pełnym życia i chłopięcego uroku gospodarzem – napijesz się czegoś? O ile pamiętam, lubiłaś kiedyś coś wypić, czy tak?

Odwrócił głowę w jej stronę, patrząc na nią z ukosa. W odpowiedzi usłyszał jej wesoło i lekko brzmiący śmiech. – Gdybym tego nie robiła, dawno umarłabym z pragnienia, bo Joe nigdy nie zgodziłby się na picie zwykłej wody.

– No dobrze, już dobrze. – Podszedł do stojącego przy schodach barku i otwierając podwójne drzwi, zawołał do niej przez ramię: – Sherry, porto czy coś mocniejszego?

– Proszę o porto z odrobiną brandy.

– Doskonale. – Odwrócił się od szafki. – Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

– To wynalazek Joe... tylko na specjalne okazje.

– Masz rację, że to jest specjalna okazja Tak, tak. Muszę sam tego spróbować

Chwilę później, gdy wręczył jej kieliszek, wzniósł toast: – To za przyszłość i obyś tutaj była szczęśliwa, Ellen. – Trącili się kieliszkami.

– Będę na pewno, Arthurze. Chcę ci powiedzieć, że serce moje wypełnione jest wdzięcznością za twoją dobroć dla nas. Nie wiem sama, co zrobilibyśmy bez ciebie. Nie wiem również, czy kiedykolwiek potrafię zrewanżować ci się w jakikolwiek sposób.

– Ależ to nonsens. Nonsens. – Odwrócił się teraz od niej i zajął miejsce po drugiej stronie kominka. – Jestem bardzo szczęśliwy, że tu jesteś. W domu brakuje kobiety. Nie mówię, że Jessie i jej latorośle nie opiekowały się mną i chłopcami bardzo dobrze, lecz to nie to samo... Wiesz, co mam na myśli?

Pochylała powoli głowę w jego kierunku – Tak. Wiem, co masz na myśli.

– Zważ jednak, że po jakimś czasie możesz się tutaj nudzić, bo dzieje się tu niewiele. Jesteśmy jak na wyspie. Jak wiesz, mieszkamy prawie na końcu świata, a zimą możemy być odcięci na kilka tygodni. Większą część roku jesteśmy samowystarczalni, ale człowiek się denerwuje, jak nie może się stąd wydostać.

– To mnie nie martwi. Jestem przyzwyczajona do samotności. Joe był gościem w domu. Oczywiście, musiał wyjeżdżać w interesach. I... i zapewniam cię, że brak znajomych najmniej mi będzie przeszkadzał.

– Nie chcę przez to powiedzieć, że w ogóle jesteśmy pozbawieni towarzystwa. Są Doltonowie i Hallidayowie. Doltonowie mają trójkę dorastających dzieci, a Hallidayowie dwoje. Spodoba ci się Joan Dolton. Bystra dziewczyna ta Joan. W każdym razie, poznasz ich wszystkich na sylwestra, jeśli nie wcześniej. Zawsze urządzaliśmy przyjęcie na sylwestra. Zarzuciłem ten zwyczaj przez dwa lata po śmierci Very, ale potem, jak mawiał Tom – wiesz, Tom Halliday – brakowało im tego, a w tym roku, kiedy mam nowych członków rodziny, będzie większe przyjęcie niż zazwyczaj.

Nic nie odpowiedziała, przypatrując się tylko, jak mówi dalej, ze swoim zwykłym ożywieniem, rzucając krótkie zdania. – Pokonaliśmy Ashes. – Podrzucił głowę do góry, powtarzając: – Pokonaliśmy Ashes. Cobham poleciał do Australii i z powrotem. A Betty Nuttal wypruła flaki z Mallory... Czy lubisz sport?

– Lubię pływać. To praktycznie jedyne, co umiem w dziedzinie sportu poza tym, że trochę strzelam. Joe mnie tego nauczył.

– Och, cieszę się, że umiesz trochę strzelać. Są tu dokoła dobre tereny do strzelania. Wiesz, to dziwne, że ja nie jestem dobrym strzelcem. Mógłbym przysiąc, że ptaki robią do siebie perskie oko, kiedy ja się pojawiam na horyzoncie. – Śmieli się teraz wspólnie, kiedy zapytał: – Czy nadal grasz na fortepianie?

– Tak, trochę.

Patrzył teraz na nią mrużąc oczy, zwilżając jezykiem górną wargę, zanim pociągnął łyk z kieliszka, niepewny, czy znajdzie następny temat do rozmowy. Wydawało się, że coś znalazł, bo natychmiast zapytał: – Polityka... czy interesuje cię polityka?

– Nie, polityka, nie. To ostatnia rzecz, do której wściubiłabym nos.

– Też słusznie. Kobiety powinny trzymać się z dala od polityki. Ale słyszałaś chyba o strajku, kiedy tu przyjechałaś?

– Ach, tak. Strajk generalny.

– To było okropne. Cały kraj zastygł w bezruchu. Nie trwało to długo, ale ci nędzni górnicy miesiącami byli bez pracy. Strasznie było w tym naszym rejonie, wprost żałośnie. Ciężkie to były czasy, ciężkie czasy na nich nastały, więc nająłem ich kilku do prac sezonowych. Chętnie pracowali nawet za kartofle. To przerażające, do jakiego stanu doprowadzono tych ludzi. – Podniósł się gwałtownie z krzesła. – Źle podzielono dobra na tym świecie, tak, tak, mogę to sam przyznać. – Wyciągał rękę w jej kierunku, jakby chcąc zaoponować jakiemuś wypowiedzianemu przez nią zdaniu. – Mówię tak z pozycji zarówno pana na zamku, jak i biedaka sprzed wrót zamku. Byłem trzecim z kolei do spadku.... Wiesz, że nigdy nie chciałem tytułu... nigdy o nim nie śniłem, bo też moi kuzyni byli zdrowi i pełni werwy, i można się było założyć, że dożyją sędziwej starości. Johna zmiotła z tej ziemi grypa, na krótko przed żeniaczką, a Thomas poszedł w góry, gdzie złamał sobie kark. Powiem ci, że było to dla mnie wielkim szokiem, chodzi mi o to, że obarczono mnie tytułem i zrobiono ze mnie baroneta... ponieważ, cóż – obrócił się i stając twarzą do ognia, nogą chciał dopchnąć polano w sam środek paleniska – ponieważ nie sądzę, żebym był typem człowieka, któremu pasuje tytuł. Adwokat... tak chciałem tylko być adwokatem... i mieszkać na farmie. Czy wiesz, że mamy farmę?

– A dlaczego nie? Dlaczego sadzisz, że nie pasuje do ciebie tytuł?

Pytanie było jasne i proste, odwrócił się więc do niej, by odpowiedzieć. – Niezależnie od wszystkich innych względów posiadanie tytułu obarcza odpowiedzialnością. Ja jestem człowiekiem dbającym o własną wygodę, człowiekiem wolnym i wygodnym, i lubię pogawędzić z różnymi ludźmi. Przypuszczam, iż jest tak dlatego, że w pracy spotykałem różne typy ludzi. Tacy sami byli mój ojciec i mój dziad. Chociaż mój pradziad był sędzią. Z tego, co wiem, to był wesoły sędzia. Czy wiesz, że ten dom – zakreślił ręką łuk nad głową – w swoich początkach składał się tylko z tego hallu, w którym teraz siedzimy. Tylko w górnej części mieli zamieszkiwać ludzie, natomiast tu, gdzie siedzisz, była obora dla krów, a nieco dalej, przy schodach, chlew dla świń. W jednym z albumów znajdujących się w bibliotece jest szkic tego pomieszczenia. Muszę ci kiedyś go pokazać. Potem przestali tu trzymać zwierzęta i zbudowali ten komin. To musiało być jakieś sto lat temu. Wtedy mojemu pradziadkowi trafił się niespodziewany uśmiech losu, który odmienił wszystko. – Odwrócił się do niej twarzą i ponownie się roześmiał. – Pół miliona dolarów, które mu zostawił jakiś amerykański krewny. Kiedy dolary wymieniłaś na suwereny, to suma nie była już taka duża. Potem jeszcze adwokaci umoczyli w tym swoje palce, żeby była jeszcze mniejsza. Chciałem właśnie powiedzieć, co adwokaci potrafią zrobić, ale uderzałbym we własną profesję, nieprawdaż? – Nie śmiał się już, ale ryczał ze śmiechu, a potem podjął: – Niemniej jednak była to fortuna, która nagle spadła mu z nieba, dobudował więc wschodnie i zachodnie skrzydła i zmienił cały front. Praktycznie wybudował dom od nowa.

– I wspaniale mu wyszło.

– W zupełności się z tobą zgadzam. W zupełności. – Podniósł rękę, chcąc zwrócić na coś jej uwagę, – Ooo, nasz spokój już się pewnie skończył. Spójrz, kto nadchodzi.

Oboje zwrócili twarze w kierunku schodów patrząc, jak schodzą dwaj starsi chłopcy z Josephem pośrodku. Przy końcu schodów Joseph wyrwał się i pobiegł szybko do matki, krzycząc: – Myli mi uszy, a one były czyste. Mówiłem im to, ale oni powiedzieli, że muszą być czerwone i błyszczące, bo inaczej pan domu zrobi mi musztrę.

Głos Arthura wybił się ponad śmiech, który rozbrzmiewał w hallu. – To wam zrobię musztrę, ani się obejrzycie.

Chłopcy stali ze spuszczonymi głowami, spod których dochodziło jeszcze parskanie, gdy od strony jadalni nadeszła Mary Smith i usuwając się na bok zrobiła im przejście. – Obiad gotowy, panie Arthurze.

– Dziękuję ci, Mary. I my jesteśmy gotowi.

Kiedy podawał ramię Ellen, Joe spojrzał do góry i zapytał: – Dlaczego ona nazwała wuja panem Arthurem? Martin powiedział, że wuj jest sir, to prawie tak, jakby był lordem, prawda?

– Nie jestem lordem, lecz mówi się do mnie sir.

– Och – w głosie dziecka pojawiła się nuta żalu. – Chciałbym, żeby wuj był lordem. A czy mnie będą nazywać sir, jak urosnę?

Zdawało się, że pytanie to uciszyło całą grupę, nawet roześmianych chłopców, i chociaż Ellen potrząsnęła ręką syna, Arthur odpowiedział spokojnie, a nawet uroczyście: – Mam nadzieję, że nie, Joe. Zbyt wiele za to trzeba zapłacić.

Wiele lat później, kiedy te słowa, dawno zapomniane, przyszły Joe na myśl, przypomniał sobie zarówno ich brzmienie, jak i wyraz twarzy wuja, wypowiadającego je podczas pierwszego Bożego Narodzenia, które Joe spędzał w domu zwanym Screehaugh.

1932 

 

– Chcesz już wracać do Oksfordu?

Po twarzy Martina przebiegł wyraz niezdecydowania, gdy spojrzał na Harry’ego. – Tak i nie. Tak, bo tam jest jakieś życie i coś się zawsze dzieje. Będzie mi brakowało przyjazdów do domu na weekendy. Wiesz, jak kocham tę starą chatę – spojrzał w kierunku okna w swojej sypialni – ale jednocześnie, czuję, że czasem muszę stąd wyjechać. Jeśli kiedyś ma być moja – odwrócił się znów do Harry’ego – to niech Bóg nade mną czuwa, żeby to nie było wcześniej zanim zdziecinnieję na starość, ale myślę, że i wtedy od czasu do czasu będę mógł się gdzieś urwać. Wiesz, jak to jest.

– Nie, nie wiem, ponieważ nigdy nie chciałem się urywać.

– Nie, nie, ty byś tego nie zrobił. Wiem, że ugrzązłeś tu na dobre. – Martin popchnął brata, który ze śmiechem upadł na łóżko.

Po chwili Harry spoważniał i zapytał spokojnie Martina: – Co myślisz o tym, że ojciec ma się ponownie żenić?

– A słyszałeś coś nowego?

– Nie, nic specjalnego, ale oczy mam otwarte.

– Więc co widziałeś?

– Tylko to, że ciotka Ellen... traci często panowanie nad sobą. Za każdym razem, kiedy Vanessa wybiera się z ojcem na konie, ciotka szaleje. W zeszłą sobotę, przed twoim przyjazdem do domu, Joe solidnie oberwał.

– Zbiła go? – Twarz Martina wyrażała niedowierzanie. – Zbiła Joe?

– I to jeszcze jak! Nie tylko go biła, ale powiedziałbym, że go maltretowała. Rzuciła go w róg pokoju, a potem biła przypartego do ściany, aż w końcu, prawdopodobnie pełna skruchy, wzięła go w ramiona i rozpaczała nad nim.

– Gdzie to się stało?

Harry podniósł głowę. – Byłem u siebie na górze, przetrząsając stare pudła z kolejką. Szukałem jakiejś ośki. Kiedy ją znalazłem, okazało się, że jest za mała i już miałem schodzić, gdy usłyszałem ich na schodach. Myślałem, że wejdą do starego pokoju po jakąś książkę albo coś innego. Wiesz, że ona zawsze lubi mu coś przeczytać lub czymś go zainteresować, żeby zrobić z niego chodzącą encyklopedię, choć on zawsze stara się od tego wykręcić. Ale nie weszli na półpiętro, tylko do jego pokoju, więc poszedłem za nimi i kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem, jak podniosła rękę i uderzyła go z taką siłą, że przeleciał przez cały pokój. Chciałem wejść do środka, żeby ją tak samo walnąć, ale zobaczyłem, jak po tym padła na kolana i zaczęła nad nim lamentować... Speszyło mnie to trochę, bo ciągle prawie z płaczem powtarzała te same słowa: „Myślę tylko o tobie, Joe. Robię to wszystko wyłącznie dla ciebie, tylko dla ciebie, Joe.” No cóż, cokolwiek ona robi wyłącznie dla Joe, okazywała swoje uczucia w dziwny sposób. Gdy to zobaczyłem, skóra mi ścierpła na karku i wymknąłem się. Wiesz, że zawsze ją lubiłem, ale po tej scenie w zeszłym tygodniu, zacząłem inaczej na nią patrzeć. Może ty ją zawsze znałeś od tej strony, bo chyba nigdy cię do niej nie ciągnęło, prawda?

– Nie, nigdy.

– Czy to od tej chwili, kiedy wykryłeś, co było między nią a ojcem?

– Nie, nie sądzę, chociaż trudno wiedzieć na pewno, skoro miałem wówczas dwanaście lat. Wydało mi się wtedy, że nie była w domu dłużej niż pięć minut, a on już znalazł się w jej łóżku. Nie zapomnę nigdy tej nocy, kiedy to odkryłem. Zrobiło mi się niedobrze. Potem przez całe lata nie mogłem patrzeć jej w oczy. Zaważyło to też na mojej nauce w szkole. Uwolnił mnie dopiero z tego stary łysy Wrighton. Wyciągnął ze mnie to, co nie dawało mi spokoju. Czasem widzę go jeszcze teraz, jak głaszcze swą łysinę szeroko rozczapierzonymi palcami, jakby chciał rozczesać nie istniejące włosy, śmiejąc się przy tym i ukazując wszystkie popsute zęby. „Nie masz się o co martwić, Jebeau. Zgodnie z prawem, ona nigdy nie zostanie twoją macochą, bo żaden mężczyzna nie może poślubić żony swojego brata.” Jeszcze teraz czuję, jak opada mi szczęka, z taką ulgą wtedy patrzyłem na niego. „Czy aby naprawdę?” Pod koniec lekcji udało mu się mnie rozśmieszyć, tak samo jak kiedyś innych chłopców. „Takie jest prawo – rzekł – a co do aktu kopulacji, to psy, koty, byki i kozły robią to kiedy chcą, nie należy się więc spodziewać, aby tak mało inteligentne zwierzę, jakim jest człowiek, umiało powstrzymać popęd. Rozumiesz teraz, Jebeau?”

Kiedy Martin się roześmiał, Harry odezwał się: – Sądzę, że stary Wrighton jest dla mnie zbyt inteligentny. Wszyscy mówią, że to najmądrzejszy facet w całej szkole; podobno nawet zrezygnował z wykładów na uniwersytecie, żeby móc tu zostać.

– Wszystko to prawda, ale założę się, że za rok o tej porze będziesz o nim wygłaszał hymny pochwalne, jak każdy inny z jego klasy, chociaż możesz również śpiewać kuplety o jego spróchniałych zębach i pryszczu na czubku nosa... Ale wracając do ojca, to będzie piekielna awantura, jeśli będzie się zadawał z Vanessą Southall. Co o tym myślisz?

Harry długo milczał. Wreszcie wstał z łóżka, podszedł do okna i usadowił się wygodnie na szerokim parapecie. – Piekielna to mało powiedziane, raczej będzie podobna do wybuchu wulkanu. Nie wyobrażam sobie, żeby ciotka Ellen chciała ustąpić innej kobiecie, skoro uważa się już za panią tego domu. I tak właśnie postępuje. Ale co gorsze, rywalka jest o wiele młodsza – nie ma nawet trzydziestu lat – i o wiele bardziej atrakcyjna.

Martin podszedł do brata i wyjrzał przez okno. – Nie mogę sobie wyobrazić, żeby ojciec chciał zrobić świństwo Ellen. Wcale za nią nie przepadam, ale nie chciałbym zobaczyć, jak ją upokarza. Może ty z tą twoją śmiertelną powagą – przesunął ręką po głowie Harry’ego, mierzwiąc mu włosy – dopatrzyłeś się czegoś, czego nie ma.

– Trochę straciłeś nie przyjeżdżając ze mną do domu na weekendy w ostatnim semestrze. Wiele może się zdarzyć w ciągu paru miesięcy.

– Nie przyjechałem tylko cztery razy.

– Akurat wtedy dwa razy odbywały się huczne zabawy, nawet dystyngowane, nie powiem, jedna w salonie, a druga w bawialni na górze.

Znów zaległo milczenie, po czym Martin wskazał przed siebie ręką. – Joe i Carrie wracają.

Harry dojrzał dwie drobne postacie, które zbiegając po zboczu, zniknęły w pasie drzew. Kiedy nie było ich już widać, odezwał się: – Jedynej rzeczy ciotka Ellen może być pewna. Ojciec nie zrobi niczego, co mogłoby zniechęcić do niego Joe. Zbyt go lubi. Ja także nie mogę wyobrazić sobie domu bez Joe.

– Tak, tak, ani ja. Joe ma jakiś osobliwy urok. Jest w nim tyle ciepła, że aż zmusza, by odpłacać mu się tym samym. Mimo to czuję, że czegoś mu brakuje... Myślę, że jest samotny... że w głębi duszy jest bardzo samotny.

Harry spojrzał na brata. Był taki, jak ich ojciec – z jednej strony był porywczym gadułą, z drugiej zaś – człowiekiem skłonnym do zadumy, tajemniczym, a nawet poetycznym.

– Założę się, że ciotka Ellen nie wie, że Joe przepada za Carrie, a ona nie ma nic przeciwko tej jego przyjaźni – zauważył Martin.

– Carrie? Tak, to o nią wtedy chodziło. – Harry szturchnął Martina palcem w ramię. – Teraz już wiem, że gdy w zeszłym tygodniu oberwał od matki, ktoś przyszedł do pokoju i powiedział: „Przeniosę cię.” Nie skojarzyłem wtedy, że ów głos należał do małej Carrie. Dobry Boże, tak, to była ona. Biedny Joe, nie będzie miał łatwego życia.

– Oj, tak, i to nie tylko z powodu ciotki Ellen, ale również z powodu mamy Jessie, bo jeśli ona pokieruje wszystkim po swojemu, to ani się obejrzą, a wylądują razem w łóżku.

– Jessie?

– Tak, nasza gruba mamuśka Jessie. Żeby cię oświecić na przyszłość, lepiej ci powiem, że nasza droga gosposia jest piewszorzędną świnią.

– Nasza Jessie? Mów dalej.

– Tak, nasza Jessie.

– Dlaczego tak mówisz?

– Ponieważ sprzedawała swoje córki, kolejno jedną po drugiej. Tak sobie to wszystko poukładała w głowie nasza kochana Jessie.

– Nie bardzo ciebie rozumiem – powiedział Harry bez entuzjazmu i dodał: – Ja lubię Jessie.

– No cóż, braciszku. Mogę ci tylko poradzić, żebyś nie strzelał oczyma ani za Janet, ani za Carrie. Co do Florie, to Jessie myśli, że już ją urządziła. W pewnym sensie rozumiem logikę tej starej suki. Chciałaby, żeby jej córkom lepiej się żyło niż jej samej. Dlatego chce, jak się da, nie przebierając w środkach, wepchnąć którąś do naszej rodziny.

– Chyba żartujesz?

– Nie, nie żartuję, Harry, mówię poważnie. Nasłała na mnie Florie, kiedy miałem czternaście lat. Dziewczyna też tego bardzo chciała. Ona zawsze lubiła się przysłużyć temu lub tamtemu i umiała to robić. Oczywiście, że mną manipulowano, pamiętam te święta, ale...

– Chcesz powiedzieć?... – Harry wysunął głowę do przodu i mówił prawie szeptem: – Chcesz przez to powiedzieć, więc... – przełknął jeszcze ślinę i opuścił podbródek. – Chcesz powiedzieć...

Martin, naśladując teraz głos i ruchy brata, też wysunął głowę do przodu i wyszeptał: – Tak jest, braciszku, to właśnie chcę powiedzieć. I nie bądź taki przerażony.

– Nie, nie... nie jestem przerażony, tylko zaskoczony, to jest, chcę powiedzieć... że jestem zdziwiony i nieco rozczarowany. To znaczy, rozczarowany Jessie. Sądziłem, że starała się dla nas jak matka.

– Och, bardzo się starała, nawet za bardzo, podsuwając Mary ojcu, jeszcze zanim zjawiła się tu ciotka Ellen. Chociaż myślę, że Mary nie mogłaby tego znieść, bo jest zbyt podobna do swojego ojca... tak samo zresztą jak i Carrie. Nasza Jessie zrobi sobie dużo zachodu, żeby przerobić Carrie na swoją modłę, bo Florie i Janet są i tak do niej podobne. – Widząc wyraz twarzy Harry’ego, Martin ponownie się roześmiał. – Nie przejmuj się tym tak bardzo, chłopie. Wyjedźmy na małą przejażdżkę, żeby wypocić nasze namiętności, co ty na to? – Szturchnął brata w ramię. – Jedźmy do Doltonów, dobrze?

Słysząc nazwisko sąsiadów, Harry podniósł się ze swego miejsca na parapecie i wyszczerzył w uśmiechu zęby. – Wypocić nasze namiętności? Jeśli po to mamy jechać do Doltonów, to chyba nie jest to najlepszy kierunek?

– Subtelnie powiedziane, subtelnie powiedziane. A niech cię... – Martin, jak kiedyś, gdy byli małymi chłopcami, chwycił Harry’ego za rękę i razem wypadli z pokoju biegnąc razem po schodach, a potem dalej przez podwórze.

– Mam zamiar kupić motor – rzucił nagle Harry.

– Nie przyprowadzisz chyba motoru na to podwórze, dopóki są tu konie.

– A to się zobaczy.

Zatrzymali się prawie jednocześnie, kiedy wchodzili do stajni i spotkali Dicka Smitha, który akurat stamtąd wychodził. Ten mężczyzna uważany przez nich za przyjaciela, który nauczył ich jeździć konno i który bez względu na pogodę zawsze wyjeżdżał po nich na stację, gdy wracali ze szkoły, tym razem minął ich bez słowa z ponurym wyrazem twarzy.

Bracia wymienili ze sobą spojrzenia, a Harry zamruczał: – Co mu się stało?

– Nie mam pojęcia. Ale musiało stać się coś złego, Nigdy w życiu nie widziałem, żeby Dick tak wyglądał. Coś złego musiało się wydarzyć. No dobrze. Do wieczora pewnie wszystko się wyjaśni.

– Zjedz obiad.

– Nie chcę jeść tego cholernego obiadu.

– Jak go nie chcesz, to go zaraz nie będzie, patrz! – Jessie Smith podniosła ze stołu talerz z górą kartofli, kapusty i duszonego mięsa i podchodząc do pieca wrzuciła doń całą zawartość, trzaskając mocno drzwiczkami. – Możesz go sobie stamtąd wyciągnąć, bo nie myślę stać przy kuchni i gotować całe rano.

Kiedy podniosła do góry rękę, żeby odsunąć z czoła kosmyk siwiejących włosów, jej obfity biust mocno zafalował. Rogiem fartucha otarła sobie twarz, zanim odwróciła się i spojrzała znów na męża, stojącego przy końcu stołu i obserwującego ją. – Jesteś głupcem, Dicku Smith. I zawsze nim byłeś. Urodziłeś się taki i taki umrzesz. Masz coś z tego, że pracujesz dla nich przez te cztery lata jak niewolnik?

– Co z tego mam? Zarabiam uczciwie na strawę dla rodziny i mam czyste sumienie, bo do tej pory mogłem spać spokojnie. A teraz czuję, że już nigdy nie będę mógł chodzić z podniesioną głową.

Nie zważając na ostatnie zdanie, Jessie Smith uczepiła się pierwszych słów męża. – Zarobiłeś na strawę i na tę chałupę, w której mieszkamy. Wystarczy spojrzeć na tę norę. Porównaj tę ruderę z tym, co oni mają po drugiej stronie. – Skinęła głową w stronę drzwi. – Usłyszałeś kiedyś, że trzeba dla nas zbudować jakąś przyzwoitą chałupę? A zarabiasz cały czas funta tygodniowo.

– Nie bądź tak cholernie głupia, kobieto! Zarabiam więcej niż jednego funta, jeśli dodasz do tego większą część tego, co jemy i opał. A poza tym wszyscy mamy pracę. Powinnaś teraz uklęknąć i dziękować Bogu za to, co mamy. Spójrz na te drogi pełne ludzi żebrzących o chleb. Niejeden górnik oddałby wszystko, żeby znaleźć się na naszym miejscu.

– Ach, Dick, niedobrze mi się robi, jak cię słyszę. Od lat znam to gadanie. Na Boga, gdybyśmy byli katolikami jak Paxtone’owie, dałbyś pewnie na mszę za nich. Idź, czołgaj się po ich schodach i dziękuj im, że w ogóle istniejemy. Czasami myślę, że jesteś im wdzięczny, że się urodziłeś, bo stało się to w tym chlewie. Ale mniejsza o to. Tamto już było, lepiej gadać o tym, co jest teraz. Pójdziesz z nim porozmawiać, czy ja mam to zrobić?

Dick Smith nabrał głęboko powietrza, potem pogładził się po podbródku, na którym widoczny już był kilkudniowy zarost i zaczął powoli kiwać się to w przód, to w tył, zanim się odezwał: – A co mam mu powiedzieć? Pański syn zalecał się do naszej Florie i zrobił jej dzieciaka. Kiedy robimy wesele? – Zacisnął mocno zęby i zmrużył oczy, przyglądając się jej kątem oka. – Jesteś cholernie głupia, Jessie. Jesteś maniaczką, jeśli wierzysz, że on każe swojemu synowi się z nią ożenić. W dodatku jest od niego o dwa lata starsza i nawet gdyby należała do jego klasy, też mogłoby to być przeszkodą...

– Och, jego klasa! Znowu to samo.

– Zamknij się, kobieto, i pozwól mi skończyć. Mam zamiar ci powiedzieć, że nie byłem na tyle ślepy, żeby nie widzieć, co się tu działo, przynajmniej z Florie i Janet. Wiem o tym, że obie sobie nie żałowały, ale jak udowodnisz, że to właśnie panicz Martin jej zrobił brzuch?

– Bo ona tak powiedziała, a do tego jeszcze byli razem w Wielkanoc, a i wiele razy wcześniej.

– Założę się, że maczałaś w tym palce, Jessie, Tak, tak. Ty planujesz daleko do przodu, Jessie. Jeszcze zanim pani Ellen pojawiła się w domu, ty już knułaś swoje. Tak, tak – powtarzał, kręcąc głową na boki. – Wbij sobie w końcu do swojego łba, kobieto, że ja nie jestem takim głupcem, za jakiego mnie uważasz. Nie mówię dużo, ale za to oczy i uszy mam otwarte. Od dzisiaj będzie inaczej. Jeśli ktoś będzie miał coś w tej sprawie do powiedzenia, to będę ja. I mówię ci to teraz, że nikt nie będzie chodził do tamtego domu. Cofnij rękę, cofnij swoją rękę, kobieto. – Sam podniósł rękę. – Nic już nie mów! Nie mów, że sama sobie z tym nie poradzi.

– Mam nic nie mówić? O Boże! A będę mówić! Prędzej cię zobaczę w ogniu piekielnym, niż ty zawiążesz mi język. To on ją doprowadził do takiego stanu i tak czy owak, trzeba z tym coś zrobić i ja się tym zajmę, i to natychmiast.

Kiedy ruszyła do drzwi, wskoczył przed nią i przez chwilę wydawało się, że pomimo swej średniej postury góruje nad nią wzrostem. – Nigdy dotąd cię nie uderzyłem, nigdy nie podniosłem na ciebie ręki i nie mam wcale zamiaru zrobić tego teraz, ale ci mówię, że jeśli pójdziesz do tego domu i zrobisz awanturę, wszystko, co było do tej pory między nami – skończone. Znasz mnie dobrze, żeby wiedzieć, że nie mówię po próżnicy. A jak to zrobisz, to więcej cię nie tknę. Odezwę się do ciebie tylko wtedy, kiedy będę musiał, żebyś zrozumiała, jak bardzo mi zależy na tej sprawie.

Stanął teraz z boku, obserwując niezdecydowanie, jakie malowało się na jej twarzy. Kiedy zobaczył, jak wpycha rękę pod sukienkę, żeby poprawić sobie biust, wiedział już co zamierza, i kiedy wyciągnęła rękę i chwyciła za klamkę, nie zrobił żadnego ruchu, by ją powstrzymać.

* * *

Arthur przyglądał się stojącej przed nim kobiecie, którą widział codziennie przez ostatnich dwadzieścia sześć lat, od dnia, kiedy wyszła za mąż za Dicka, ale dopiero w tej chwili uświadomił sobie, co o niej myśli. Zawsze starał się stłumić niechęć do niej, jaka co pewien czas w nim wzbierała, przypominając sobie wtedy, jaką jest dobrą sługą i jaką opiekę potrafiła zapewnić chłopcom. Teraz, gdy patrzył na jej zwalistą postać, z całą wyrazistością widział to szczwane i nieszczere stworzenie, którego istnienie za usłużnym uśmiechem zawsze podejrzewał.

– Powiadasz, że Florie jest w ciąży i że Martin jest temu winien. Powiedziałaś również, że Florie bardzo się... zadurzyła, tego słowa użyłaś, prawda? Zadurzyła w Martinie i że będzie miała serce złamane, jeśli obecny jej stan doprowadzi do zerwania między nimi i Martin nie będzie przy niej. A teraz, moja Jessie, spójrzmy prawdzie w oczy. – Głos jego był złowieszczo spokojny. – Na ile znam Florie, a myślę, że tak jest w istocie, wiem, że lubi się zabawić. Gdybyśmy mieli więcej siana do zwózki, to bardziej zaniedbywałaby swoje obowiązki niż to robiła. Co ty na to, Jessie?

Jessie zacisnęła usta. Wciągnęła policzki, zasznurowała usta i zaczęła nimi ruszać, jakby ssała cukierka. – On powinien być przy niej.

Arthur, który siedział cały czas w skórzanym fotelu za biurkiem, nagle skoczył na równe nogi z taką siłą, że posunął dosyć ciężkie biurko kilka centymetrów do przodu. Potem walił pięścią w blat, krzycząc głośno: – A niech to wszyscy diabli! Powiadam ci, Jessie, choć nigdy nie myślałem, że będę o tym z tobą mówił, bo jesteś kobietą Dicka, którego szanuję, musisz wiedzieć, że jeśli rozdmuchasz tę sprawę, to ty i twoja rodzina znajdziecie się bez pracy. I pojmij to, a mówię poważnie, że ty i twoja córka naraziłyście na szwank naszą przyjaźń, a kiedy to mówię, nie mam na myśli ciebie, ale twojego męża. Wracaj teraz do pracy, a kiedy mój syn wróci do domu, porozmawiam z nim o tym. Jeśli powie, że czuje się odpowiedzialny, choć na Boga, nawet przez chwilę w to nie wierzę, jeśli jednak tak powie, możesz wysłać swoją córkę do jednego ze swoich licznych kuzynów, a ja do pewnego czasu będę pokrywał wydatki, kiedy zaś dziecko się urodzi, to będziemy dalej rozmawiać. Gdyby zaś mój syn zaprzeczył, jakoby dziecko mogło być jego, to również ci radzę wysłać swoją córkę, żeby zniknęła mi z oczu.

Wydawało się przez moment, że gdy się tak mierzyli wzrokiem, była gotowa wyrzucić z siebie cały stek przekleństw, ale ujrzawszy po chwili sprawę w jaśniejszych barwach, wbiła tylko zęby w dolną wargę i zarzucając swoim ciężkim ciałem, skierowała się w stronę drzwi. Zatrzymał ją jeszcze jego srogo brzmiący głos. – Który to już miesiąc?

– Trzeci. – Stała do niego tyłem. Powoli odwróciła tylko głowę i powiedziała: – I potrafi dokładnie określić dzień i godzinę, kiedy to się stało.

Dopiero po upływie minuty od chwili, gdy zamknęła drzwi, ciężko osunął się na fotel.

Boże! Boże! Żeby dać się tak urządzić. Ale to osioł! Dlaczego nie poszedł się szkolić z dala od własnego podwórka. Ale ta Florie latała za nim jak suka. A Janet niewiele od niej lepsza. Helen też nie byłaby lepsza, gdyby nie musiała się uspokoić po wyjściu za mąż za Paxtone’a. Jedyną przyzwoitą dziewczyną wśród nich była Mary i ta mała Carrie. A ta jest jeszcze za młoda, żeby można było wiedzieć, w jakim kierunku pójdzie.

Oparł łokieć na biurku i ściskając dłonią czoło, westchnął głęboko. O Boże, jakby nie było dosyć tego, co obecnie miał na głowie z Ellen i do tego jeszcze z interesami. Wczoraj wyjechał ze swojego biura w Newcastle i powiedział sobie, że dłużej tak być nie może i że musi wszystko wyjawić; zrozumie go, bo to kobieta wrażliwa. Kiedy jednak przyjechał do domu i na nią spojrzał, już wiedział, że go nigdy nie zrozumie, że gdy w grę wchodzi on, jest zupełnie pozbawiona wrażliwości.

Oprzytomniał, gdy zobaczył, jak gałka w drzwiach przekręca się, i Ellen, o której zapomniał teraz na chwilę, wchodzi do pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i zapytała: – Czego chciała Jessie? Czy coś złego dzieje się w gospodarstwie?

– Och! – Przymknął na chwilę oczy i powoli odpowiedział: – Chciałbym, aby tak było.

Stanęła naprzeciw niego przed biurkiem. – A co się stało? Coś poważnego?

– Dość to poważne. Florie jest w ciąży i mówi, że to sprawka Martina.

– Nie, nie... nie! Śmie winić Martina?

– Och, Ellen. – Znów przymknął oczy. – Nie gorsz się tym tak. Martin jest młodym mężczyzną, a Florie bardzo przystojną młodą kobietą.

– Dobrze wiem, że Martin jest młodym mężczyzną, a Florie może i jest przystojną młodą kobietą, jednak to dziwka. One wszystkie są takie? Widziałam...

Uniósł rękę, chcąc powstrzymać ją od mówienia i patrząc na nią, pomyślał nie bez pewnego cynizmu: Przyganiał kocioł garnkowi. Było w porządku, jak ona zaspokajała jego zachcianki do tego stopnia, że ktoś mógłby ją uważać za bezwstydną, gdyż zawsze była gotowa do usług, nawet gdy ich nie chciał. Nie mogła się natomiast pogodzić z tym, co robiła Florie, chociaż praktycznie było to to samo.

– Co masz zamiar z tym zrobić?

– Jeszcze nie wiem, dopóki nie rozmówię się z Martinem. To trzeba udowodnić.

– Tak, to trzeba udowodnić. Jestem pewna, że zwłaszcza tej młodej panience będzie trudno to uczynić. – Siadając do niego bokiem, zwróciła ku niemu głowę, znów mu się przypatrując. – Chciałeś mnie widzieć?

Nie odpowiedział, lecz patrzył na nią w milczeniu. Któż mógłby pomyśleć, widząc ją teraz, że zdolna była do ogromnej namiętności, która osaczyła go niczym lawa wulkanu. Od sześciu lat, od kiedy przybyła do tego domu, wydawało się, że się nie zmieniła, przynajmniej z wyglądu. Trochę się tylko zaokrągliła, lecz nadal była szczupła i zachowała pełną rezerwy chłodną powierzchowność, która okazała się tak zwodnicza. Z całą pewnością jego zwiodła.

Podczas pierwszych tygodni jej bytności był tak nią zafascynowany, że myślał tylko o tym, by ją zaciągnąć do łóżka. Kiedy jednak niezobowiązująco poruszył ten temat, okazało się, że bez zbędnych zalotów mógł od razu rozpocząć miodowy miesiąc.

Z czasem dowiedział się, że pod jej pozornym chłodem kryje się nie tylko niezwykła namiętność, ale i dzika złość, wychodząca na światło dzienne w napadach furii. Po raz pierwszy doświadczył takiego napadu, kiedy dowiedziała się, że nie może się z nią ożenić. Nie wiedziała, że poślubienie żony brata jest niezgodne z prawem. Uświadomiwszy jej to, był gotów zakończyć ich fizyczny związek, ale ona tego nie chciała.

Teraz znów kochał kobietę, naprawdę był zakochany i pragnął się z nią ożenić. Od pewnego czasu miał wrażenie, że chciałby, by na nowo małe urwisy kręciły się po domu. Dom został stworzony dla dzieci, które teraz były już dorosłe, a Joe, który jeszcze pozostał w domu, też przestał już być dzieckiem. Tak, Joe... Stosunek do syna to była kolejna dziwna rzecz w niej. Stłamsiła go, a przynajmniej to było jej celem. Pomyślał, że pewnego dnia chłopak będzie musiał wywalczyć sobie wolność.

– O czym myślisz?

– No cóż, Ellen, prawdę mówiąc, myślałem o nas.

– Nie jesteś w tym osamotniony, bo ja zawsze myślę o nas. – Mimo że wypowiadała czułe słowa, na jej twarzy nie było śladu łagodności.

Arthur wstał i zaczął przechadzać się tam i z powrotem po długim i wąskim pokoju, zanim jej odpowiedział: – To będzie trudne, Ellen, ponieważ... wiem, jak się teraz czujesz i doceniam to, co dla mnie zrobiłaś...wszystko... – w zamyśleniu pochylił nisko głowę – wszystko. Dobrze o tym wiesz.

– Spodziewał się, że jakoś zareaguje na tę uwagę, ale usiadła z wyprostowanymi plecami, jedynie uporczywie mu się przypatrując. – Czuję, że postępuję jak świnia, Ellen, naprawdę czuję, że tak jest... – gdy mówił wydawało się, że trochę się jąka. – Sama wiesz, że nie staję się młodszy... i no cóż, lepiej będzie, jak w końcu ci to powiem.

Podszedł teraz do fotela, usiadł i spuściwszy wzrok na ręce założone jedna na drugą i spoczywające na blacie biurka, zaczął mówić: – Sedno sprawy leży w tym, że chcę się znów ożenić... znasz ją... z Vanessą Southall.

– Kończąc, jeszcze niżej spuścił głowę na piersi. – Wiem, że jestem prawie dwa razy od niej starszy, ale... ale ona też tego chce i...

Siedział jeszcze ciągle w fotelu, kiedy ona nagłym ruchem sięgnęła za biurko i chwytając go poniżej łokcia za rękaw marynarki i pochyliła nad nim twarz. – Nie zrobisz tego! Nie możesz – syczała. – Co więcej, nie zrobisz mi tego! Nie chcę tego, słyszysz? Wykorzystywałeś mnie przez wszystkie te lata, pozwalałeś mi poczuć się tutaj jak u siebie w domu, a teraz wyrzucasz mnie z powodu jakiejś dziewczyny. Nie zrobisz tego! Wpierw cię ujrzę na marach! Słyszysz, co mówię?

Szarpnął ręką i uwolnił się z jej uchwytu, mówiąc ze złością: – Tylko mi nie groź, Ellen. Groźby to ostatnia rzecz, jaka powinna ci przyjść do głowy. A co do wykorzystania ciebie, to myślę, że... więcej ja mógłbym o tym powiedzieć. O mój Boże! – Na chwilę zakrył oczy ręką, dodając teraz łamiącym się głosem: – Nie prowokuj mnie, żebym musiał mówić takie rzeczy, kobieto! Mimo że to szczera prawda, i ty wiesz o tym. Zaś co do pracy, którą włożyłaś w prowadzenie tego domu, to wiesz, że chciałem ci to wynagrodzić. Dostałaś dobrą pensję i... jej nie stracisz. I jeszcze ją podwoję, jeśli będziesz musiała opuścić ten dom. – Odwrócił głowę w bok i nie zmieniając tonu, mówił: – Nie pozostaniesz również bez dachu nad głową. Niedaleko Hexham znajduje się pewien ładny mały domek z ogródkiem, skąd Joe miałby bliżej do szkoły. Zrobię wszystko, co w mojej mocy...

– Zamknij się!

Poderwał się na nogi, spojrzał na nią szeroko otwartymi oczyma, a twarz mu posiniała z wściekłości. Pod żadnym względem nie przypominała teraz kobiety, która przed paroma minutami weszła do jego pokoju. Uniosła ramiona prawie na wysokość ust i pochylając się do przodu, jak gdyby szykowała się do skoku, powtarzała: – Zamknij się!

– Ellen... – Imię jej wypowiedział z wyrzutem, lecz ona nie dała mu skończyć. Wyrzuciła nagle ręce do przodu i łapiąc go za klapy marynarki, przywarła do niego całym ciałem. Otworzyła szeroko usta i schwyciła zębami jego podbródek, aż syknął z bólu. Udało mu się wsunąć rękę między nią a siebie i odepchnąć ją z taką siłą, że zatoczyła się do tyłu i potknęła o podnóżek, uderzając o półkę z książkami przy jednej ze ścian. Kiedy leżała potłuczona na podłodze, a Arthur zajęty był tamowaniem krwi na brodzie, drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Joe...

Joe nigdy nie pukał do drzwi, kiedy wchodził do gabinetu wuja, dokąd był przyzwyczajony wpadać na pogawędkę, jak do salonu, jadalni czy kuchni. Jedynymi drzwiami do których, jak mu powiedziano, należało pukać, były drzwi sypialni.

Wlepił wzrok w dwie postacie znajdujące się w polu widzenia. Kiedy zobaczył, jak wuj podchodzi do matki, by pomóc jej się podnieść, pomyślał ze zdziwieniem, że chyba musieli się bić, lecz gdy podszedł do niej, zapytał tylko: – Mamo, poślizgnęłaś się?

Nie odpowiadała, stała tylko z nisko pochyloną głową. Usłyszał natomiast dziwnie brzmiący głos wuja: – Tak... tak, twoja matka poślizgnęła się. Odprowadź ją do pokoju, tam się uspokoi.

I Joe posłusznie podtrzymał matkę za łokieć, a ona pozwalając mu wyprowadzić się z pokoju, poszła z nim po schodach do swojej sypialni. Gdy znaleźli się sami w sypialni, ku jego wielkiemu zdziwieniu, matka padła na kolana i obejmując go ramieniem, przyciągnęła do siebie tak mocno, że o mało co nie rozpłakał się z bólu.

Nie zapragnął oddać jej uścisku, może dlatego, że nie był przyzwyczajony do uścisków, przynajmniej nie do takich... Potem zdziwiła go jeszcze bardziej, pozwalając mu odejść równie szybko, jak go schwyciła w objęcia. Spojrzał jeszcze przez ramię i zobaczył, jak rzuciła się na łóżko i zaciśniętymi pięściami waliła po kołdrze, powtarzając: – On tego nie zrobi! Nie zrobi tego!

Jeszcze dziwniejsze, co zauważył, było to, że nie płakała. Ludzie zazwyczaj płakali, kiedy wyrządzono im przykrość. Widocznie jego matka nie była podobna do innych ludzi.

– Nie biorą – zauważył Mick Smith.

– Nie, jakoś nie. Być może z powodu pogody – Joe przytaknął.

– Ano, to pogoda. Chodzą pod brzegiem i będzie lepiej, jak siądziemy pod drzewem. Spocony jesteś jak mysz.

Szesnastoletni chłopiec zaśmiał się od ucha do ucha, a Joe poszedł w jego ślady. – Ano, masz rację. – Joe wiedział, że nie powinien był mówić „ano”, myślał jednak, że grzeczniej będzie wobec Micka, jeśli użyje tych samych słów co on.

Chwilę później siedzieli, opierając się plecami o pień zdeformowanej wierzby, a wokół nich roztaczała się cisza parnego popołudnia. Przerwał ją szorstki głos Micka. – To twój ostatni dzień? Jutro do szkoły?

– Ano tak.

– Cieszysz się, że wracasz?

Joe milczał chwilę i przechylając się w bok, zaczął ciągnąć sztywne źdźbło trawy. Wreszcie je wyrwał, włożył do ust i ściskał zębami, a dopiero kiedy poczuł na języku sok z trawy, odpowiedział nie wprost: – To były wesołe wakacje. Inne niż wszystkie.

– Ano, tak, jest jak mówisz, inne niż wszystkie. Ano, tak, masz rację.

Joe zaczął oglądać wyrwane źdźbło trawy, trzymając je teraz kciukiem i palcem wskazującym. – Dlaczego twój ojciec zabronił Carrie bawić się ze mną?

– No cóż... – Mick pochylił się do przodu i zerwał kwiatek koniczyny. Potem wyciągnął jeden z tysiąca jej pręcików i wkładając go sobie w przerwę pomiędzy zębami, powiedział cicho: – Wiesz, że były kłopoty, prawda?

– Tak, ale nie wiem, o co chodziło. Wiem tylko, że wuj bardzo się gniewał na Martina, który wyjechał mieszkać do kolegi, a kiedy zapytałem Harry’ego, dlaczego tak się stało, gniewnie mi coś odburknął. To do niego zupełnie niepodobne. Potem przez całe wakacje był nieswój. – Zamyślił się. – Lubię Harry’ego, ale dotąd nie uświadamiałem sobie, że nie lubię go tak jak Martina. Ja Martina kocham.

– Co ja słyszę, paniczu Joe – Mick, opierając się mocniej o pień drzewa, odezwał się z nutą rozbawienia w głosie. – Niech panicz jednak nie mówi, że kocha faceta.

– Nie?

– Nie, nie wypada mówić, że kocha się chłopaka. Kocha się mamę i tatę... cóż, można kochać dziewczynę, lecz nie mówi się, że kocha się kawalera takiego jak panicz Martin.

– Ale dlaczego? Jeśli czujesz, że bardzo kogoś lubisz, to dlaczego?

– Bo tego się nie robi i już. Jesteś za młody, paniczu, żeby zrozumieć wszystkie te rzeczy. Ale na przyszłość nie mów, że kochasz jakiegoś chłopaka. Wiesz, o co mi chodzi?

– Nie, wcale nie wiem.

– O Boże! – Odwrócił głowę, z zagadkowym uśmiechem. – Zawsze pytasz prosto z mostu i chcesz takiej samej odpowiedzi. Z tego wkrótce może wyniknąć bieda.

– To znaczy – Joe odezwał się natychmiast, jak tylko Mick skończył – że nikt nie będzie się gniewał, jak powiem, że kocham Carrie.

– O Boże na niebie! Nie zaczynaj znów, Joe... chciałem powiedzieć, paniczu Joe. Ech, tam. Możesz, paniczu, mówić, że lubisz ludzi, ale nie, że ich kochasz. A co do Carrie, to możesz tylko narobić jeszcze większego nieszczęścia

– Dlaczego ma to być nieszczęście? Zawsze kochałem Carrie. Tylko nigdy o tym nie mówiłem.

Mick zacisnął mocno oczy. – Na Boże Narodzenie skończysz jedenaście lat, prawda?

– Wiesz przecież, że tak.

– Oj, wiem, wiem. W tej chwili chętnie bym ci dodał ze trzy lata.

– Dlaczego?

– Och, paniczu Joe. – Padł nagle przed nim na kolana i skłonił głowę. – Musisz wiedzieć, że nie można chodzić pośród ludzi i mówić, że się ich kocha. Wiem, co czujesz, bo ja też kocham ludzi. Tak, kocham – pokiwał głową – lecz nie rozpowiadam tego wokół. Ty jesteś w gorszej sytuacji ode mnie, bo pochodzisz z tamtego domu. Do tego chodzisz i rozpowiadasz, że kochasz naszą Carrie. Więc... muszę ci coś powiedzieć: wszystkie kłopoty, jakich ostatnio tu się narobiło, wzięły się właśnie z tego, że ktoś komuś powiedział, że go kocha. Rozumiesz?

Cisza zaległa, a po chwili Joe pokręcił głową. – Nie rozumiem – powiedział.